Przy świecach…
To był czwartek, dnia 18 stycznia bieżącego roku. Wszystko zapowiadało się wspaniale, kolacyjka parowała na stole, telewizor włączony. Przecież zaraz zaczną się Chirurdzy!
Nigdy nie jest tak kurwa pięknie.
Spadek napięcia, komputer się wyłącza. Za chwile stopniowe ściemnianie i rozjaśnianie światła. Pasy na ekranie telewizora. Co jest? Duch? Czułem się tak, jakby mój skromny domek został właśnie nawiedzony. I nagle, jasność, żarówki świecą jakby miały 500 wat! Wygląda jakby sam bóg mnie przyjmował. Za chwilę, jak nie jebnie, jak nie huknie i ciemność. Dajcie świeczkę, albo latarkę jaką! Świecę na swój telewizor, gdzie jeszcze chwilę temu oglądałem dzielnych rezydentów w szpitalu, którzy operują kolarzy z nielegalnego wyścigu. Teraz oglądam dym, dużo dymu. Nie jest więc wesoło. Pozostaje mi przy świecach sobie poczytać, tak jak moi przodkowie, wieki temu. Czytam Skowyt Ginsberga, zdenerwowany.
Po paru dniach już wszystko jasne, telewizor nie był jedyną stratę. Straciłem we wspaniały sposób także wieże, pralkę, lodówkę, dekoder polshitu.
Dzisiaj, 23 stycznia, wszystko poza dekoderem już działa. Wieża ma mały ubytek. Na mojej ulicy wciąż leży to ogromne drzewo - sprawca całego zamieszania.
Współczesny człowiek, pozbawiony prądu jest znudzony. Nie ma co robić! Nie ugotuje sobie człowiek porządnego posiłku, bo lodówka nie działa i wszystko się psuje. Wieczorem, zwłaszcza zimą, można sobie jedynie usiąść na wyrku i pomyśleć co się zrobi jak prąd już będzie, bo żadne światło nie działa, żaden telewizor, żaden komputer. Człowiek przewidywalny spędzi parę dni z telefonem komórkowym który ma pełną baterię i pogra w wężyka albo z jakimś odtwarzaczem muzyki. Niestety u mnie telefon się wyładował, nie mówiąc już o odtwarzaczu mp3…
Na szczęście już po, od 5 dni mam prąd. Nauczyłem się czegoś. Żeby zawsze mieć pełną baterię i zapas świec.
Z innej beczki, dzisiaj poszedłem na pocztę i okazało się że wciskam kobiecie z okienka stare druki. Podczas wypełniania nowych akurat musiał wbić się facet z ogromnym kartonem przesyłek. Czekałem dobre 15 minut. Też tak czasem macie?
Dosyć przewrotnie piszesz o awarii prądu w miejscu, które bez niego by nie funkcjonowało;)
A na poczcie, jak już dopcham sie do okienka, najbardziej lubie tekst “a nie ma pan drobnych?” I choć nawet słysze jak brzęczą mi monety w portfeliku odpowiadam “Niestety nie” I mam tę swą krótką chwile triumfu na durnym pocztowym babolem, aż do momentu kiedy z krzywą miną nie wyda mi najdrobniej jak tylko można… :P
Komentarz napisany przez: Leo — styczeń 23, 2007 o 6:52 po południu
też mam tak czasem, albo czasem jakas stara baba cos wysyła/kupuje to wybiera 15 minut…
Komentarz napisany przez: kristofer133 — styczeń 23, 2007 o 9:18 po południu
“durnym pocztowym babolem” aż kusi mnie żeby skomentowac ale wytrzymam. A myślicie że siedzenie na poczcie czasem po 8- 10 godzin i spotykanie co chwila takich jak wy który ściemnniają, marudzą bla bla bla jest fajne? W dodatku nie możesz powiedzieć nic bo TO TWOJA PRACA !!
Komentarz napisany przez: Ala — styczeń 26, 2007 o 2:50 po południu
Uspokoję cię Ala, to było na Grunwaldzkiej. Okazało się, że jak już doszedłem do okienka to że w ogóle tam nie biorą paczek tylko listy :D Co najdziwniejsze, druczek miałem na list, ale kobieta się uparła… Na drugi dzień poszedłem na Magnoliową i było ok, chociaż też się facet z paczkami przede mnie wbił :P
Komentarz napisany przez: Domator — styczeń 26, 2007 o 3:10 po południu
życie :P
Komentarz napisany przez: Ala — styczeń 26, 2007 o 3:27 po południu
hmm. kiedy u mnie nie było prądu, to baterii w laptopie starczyło na godzinę - masakra, próbować się sprężyć z liczeniem w takim czasie żeby zrobić jak najwięcej. miałam świeczuszki i czołówkę - no i tak uzbrojona uczyłam się do egzaminu ze staty :D
ale mimo wszystko wolę, jak prąd jest…
Komentarz napisany przez: anks — styczeń 31, 2007 o 9:54 przed południem