TheElder.net - Domator

sobota 5 kwietnia 2008 , 3:44 po południu

Kurwa, z tym cargiem i cargiem!*

Autor: Domator

Życie codzienne najbardziej wkurza, kiedy jesteś bezsilny. Czujesz, że jesteś małym robakiem, który po prostu nie jest w stanie postawić się machinom aparatu państwowego i biurokracji. No, przynajmniej ja się tak czuję.
Serwis eBay to najbardziej znany, najbardziej prężny, największy, najprostszy (i jeszcze wiele naj po drodze) serwis aukcyjny w sieci. Znalazłem tam buty, które naprawdę mi się podobają a o które trudno w naszych sklepach. Mam zaufanie to międzynarodowych aukcji, bo mam kilka z nich za sobą. Brało się koszulki, płyty a nawet kapelusz. Nieskromnie dodam, że na tych 10 razy co najmniej trzy razy suma do zapłaty była trzycyfrowa, wychodziła ledwo ponad $100).
W wypadku ładnego wydania płyt, Poczta Polska wielkim samochodem przyniosła mi to do domu, wzięli jeden podpis i tyle ich widziałem. Na kartonie sprzedawca zaniżył wartość towaru. W przypadku DVD mądry sprzedawca wysłał je w dwóch paczkach. Mówię o przesyłkach z USA, bo te z Unii nie są objęte żadnymi dodatkowymi płatnościami. I tak dwa razy uniknąłem cła. W przypadku butów trafiłem na typowego Amerykanina, takiego wręcz stereotypowego. Czyli niezbyt rozgarniętego. Wysłał moja paczkę nie jako prezent. Dodatkowo pełna wartość butów zdradził całemu światu wypełniając jakieś tajemnicze formularze które przyklejone były na wierzchu. To dlatego pewnego dnia zamiast kartonu z butami zobaczyłem małą kopertę a w niej zawiadomienie, że Urząd Celny przejął paczkę i czeka aż go nakarmię. W przeciwnym wypadku buty wróciły bo do USA albo… poszły na gemelę (to po poznańsku, w rzeczywistości paczki nie odbierane, nie opłacone zostają skremowane), jak to ładnie wyjaśniła mi pracująca tam pani.
I wiecie, nie potrafiłem zrozumieć dlaczego ktoś każe mi płacić więcej za coś, za co przecież swoje pieniądze już oddałem. To tak, jakby w sklepie pani po pobraniu należności powiedziała by “a teraz dawaj jeszcze stówę więcej, bo nie zobaczysz ani towaru ani szmalu”.
I próbowałem sie kłócić z celnikami. I chciałem oszukać mój kraj, pokazując fałszywą fakturę. Nie wiem co mnie przed tym powstrzymało, ale okazało się że w kartonie była druga a do tego od USPS dostali inne wydruki. Ledwo co zdążył bym wyjąc to z teczki a myślę, że już poczuł bym zimną stal na nadgarstkach.
- Czy chce pan obejrzeć towar, anim pan opłaci cło? - spytała pani celniczka
- Jasne.
Mocowała się chwilę z paczką, aż w końcu wyjęła karton z butami w środku i podała mi. Wszystko się zgadzało. Wszystko poza tym cholernym cłem.
- Chyba pan minął się z prawdą - znowu zaczęła. - Napisał pan, że to buty męskie, a to przecież buty sportowe wyżej opodatkowane.
Zabiła mnie tym tekstem totalnie. Doszło do mnie, że Urząd za wszelką cenę chce wyciągnąć jak najwięcej kasy od obywatela. Wciskając mu najgłodniejsze kawałki. Niech mają sie na baczności ci nie zorientowani w przepisach bo mogą zostać strasznie porobieni. Tymczasem ja postanowiłem jakoś jej wyjaśnić, że nie kupiłem butów sportowych.
- Proszę pani - zacząłem - pani zna się na przemytach, podatkach i cle. Ja się dla odmiany znam na butach. Może nie mógł bym napisać o nich doktoratu, ale o ile mi wiadomo to buty sportowe służą do uprawiania określonej, konkretnej dyscypliny sportu. Te nie służą do żadnej.
- Rozumiem - i tu ona chwilę się po zastanawiała, jakby szukała następnego haka na mnie. Szybko go znalazła: - Wie pan, ale to buty produkcji USA, więc i tutaj doliczam 15% do naszych standardowych 22%. - Tego jej “haka” zniszczyłem w trymiga!
- To paczka jest z USA, buty wyprodukowano w Chinach. - I pokazałem jej stosowną metkę.
I cała rozmowa, cały mój czas w tym budynku upłynął pod znakiem takich rozumów. Niby grzeczne ale głęboko docinające. Z obydwóch stron.
Domyślam się, że miła pani znalazła na mnie następne punkty w regulaminie bo cło wyniosło mnie aż 160 zł. Byłam zbyt zmęczony by dyskutować na ten temat. Zrobili mnie w konia. Wszyscy. Mój kraj, amerykański sprzedawca siedzący po drugiej stronie Atlantyku i amerykański urząd pocztowy i polski urząd celny. A wszystko przez jeden krzyżyk na formularzu nadania. Postawiony dwie kratki dalej zwolnił by mnie z opłat.
Spytany przeze mnie sprzedawca o to, dlaczego nie mógł tego nadać jako prezent mając świadomość opłat celnych odpisał w poważnym tonie: “To nie był prezent.” i parę innych podobnych tekstów. Cóż, nie każdy myśli jak człowiek, niektórzy wola myślenie komputerowe. Cóż, nie miałem szczęścia do sprzedawcy, tak jak wcześniej.
A najbardziej było mi żal chłopaka, który przyniósł wydruki z eBay, PayPal i jeszcze z banku, cała teczka papierów. A facet za okienkiem z nieukrywaną satysfakcją: “Dziękujemy za uczciwość. Sklep wysłał to panu jako prezent!”. Wtedy to by się człowiek dopiero załamał. Ale nie on. On chciał być uczciwy. Nie wiem czy to patriotyzm, strach przed egzekwowaniem prawa czy głupota. I poznański Urząd Celny pełen jest podobnych postaci. Kanadyjczyk z podwójnym obywatelstwem, facet kupujący skrzynkę jako instrument, facet czekający na monetę w małej kopercie. Przeważają tacy jak ja, nie zorientowani i wkurzeni.
Ja nie ubierałem tego w ideały. Chciałem tylko zostawić moje pieniądze samemu sobie. Nie udało się.

* - Stefan “Siara” Siarzecki, “Killer-ów 2-óch”

* * *

poniedziałek 31 marca 2008 , 1:13 po południu

Wolny Tybet

Autor: Domator

Nie jest tajemnicą, że siedzę daleko od polityki. Ale na niektóre rzeczy nie sposób być obojętnym, zawsze do ciebie trafią, zawsze je gdzieś człowiek zasłyszy.
Sprawa Tybetu, jego powstania przeciwko Chinom, ogólnoświatowego zdziwienia i brutalności kraju, organizującego największą imprezę sportową na świecie, w której tradycji zapisany jest pokój, jest ogólnie każdemu znana.
Dzisiaj postanowiłem umieścić w tym miejscu banner, prowadzący do strony naświetlającej całą sytuację. Znajdziecie tam ponadto opisy co ktoś taki jak wy może w takiej sytuacji zrobić, i po co właściwie akcje tego typu. No bo wygląda to na zwykły lans, na próbę bycia na czasie. Ja wiem, że ten bannerek nie wróci życia tym ludziom ani tym bardziej nie zaprowadzi na tych terenach spokoju. Przecież gówno mogę, pomyślicie. I połowicznie będziecie mieli rację. Bo ta grafika, flagi w gazecie, podpisy to gówno. Mało prawdopodobne, by coś się stało. Z drugiej jednak strony, co nam innego pozostało, skoro nie zgadzamy się z tym co widzimy? Tylko to!
Dlatego też jeżeli nie zgadzacie się na to, co się dzieje. Ani na organizację Olimpiady przez Chiny, ani na dalsza mękę Tybetu to zróbcie jedyne, co zrobić możecie. Wyklepcie na klawiaturze parę podpisów pod rozmaitymi petycjami/listami, podajcie link do jakieś strony tam, gdzie możecie.
Ja wiem, nie wyczerpie to chińskich magazynków, nie zatrzyma budowy stadionów. Ale jak to się mówi: “Chcesz zmieniać świat? To zacznij od siebie!”. Nie będę się na ten temat rozpisywał, bo niektóre miejsca w Internecie zrobią to dużo lepiej za mnie.
Na wstępie podpiszcie może coś takiego http://www.tybet2008.pl/. To list to premiera RP. Dziś jest ostatni dzień zbierania podpisów! A potem wejdźcie na http://www.freetibet.pl/ i tam dostaniecie odpowiednią porcję linków.

Te drobne gesty to symbole, olimpiada to też symbol. Starożytny, słynący z panującego wówczas pokoju. Ja wiem, że w naszym kraju najważniejsze wydarzenie sportowe to Mistrzostwa Świata/Europy w piłce nożnej. Nawet dla mnie ciekawszy jest mecz, niż pływanie synchroniczne.
W nowym tysiącleciu olimpiady odbywały się w krajach rozwiniętych, rozpoczęto przecież w Sydney i Salt Lake City. Tymczasem nowy wiek jeszcze się nie wyszumiał a wybór padł na - jak wychodzi - jedno z najgorszych miejsc jakie można było wybrać.

Pamiętajmy też, że nie masy są winne, a człowiek na szczycie. Bo czym różni się dziś żołnierz chiński w Tybecie od żołnierza polskiego w Iraku? Nic, to po prostu kolejne masy wysłane by budować “drogę do pokoju”. A przecież siły nasz, siły chińskie cały czas ingerują w coś, co moim zdaniem jest dla człowieka bezcenne. W jego wolność. I nie mówię tutaj o romantycznej wolności, totalnym wyzwoleniu na koniu, cwałującym w stronę słońca. Chodzenie do sklepu, oglądanie telewizji, spacer, martwienie się deszczem to przecież też wolność.
Człowiek powinien być wolny. I tyle chyba starczy.

Powiem wam, że i ja byłem sceptycznie do tego nastawiony. Ale czy coś mi szkodzi?

* * *

czwartek 13 marca 2008 , 5:24 po południu

Dlaczego gapię się w sufit?

Autor: Domator

Dlaczego gapię się w sufit?
Od jakiś dwóch godzin leżę na łóżku i słucham muzyki. Łóżko jest nie pościelone, leżę obok piżamy i kołdry zwiniętej w jakiś kłębek. Prześcieradło zjechało mi prawie całe, pilot od telewizora wplątał się gdzieś głęboko, nie mam siły żeby go podnosić. Co najgorsze, nie wiem gdzie te siły się podziały, nie pamiętam żeby był powód do ich stracenia.
Przed chwilą okropnie lało, teraz świeci słońce. Przez okno oglądam winogrona na ogrodzie. Ciekaw jestem ile jeszcze ten wrak rośliny będzie wisiał na tym płocie. A przecież nawet nie lubię winogron.
Nic nie pcha mnie do działania. Myślę, że zaraz pójdę na obiad. Czyli jest na co czekać przez najbliższe dziesięć minut. A co z resztą dnia? Nie mam na co czekać, nie mam przy czym trwać. Pracę znowu odkładam na niebezpiecznie późno.
I leżę i gapię się w sufit, jakby zaraz miał zejść do mnie syn boży i powiedzieć “nie lękaj się, twoje przepocone wyro nie jest już schronieniem, powitaj słońce i ciesz się”.
I tydzień dobiega końca, już jutro piątek. Ale jutro wydaje się odległe. Tak odległe, że przyjdzie jeszcze po synu bożym.

* * *

wtorek 26 lutego 2008 , 2:42 po południu

Meneliada

Autor: Domator

Pijacy, żule, menele, włóczędzy, męty. Każdy nazywa ich jak chce, ale są nieodłączną częścią pejzaży małych spożywczych, osiedli i blokowisk.
Osobiście mam do nich wielkie szczęście. Albo pecha. Często zaczepiają właśnie mnie, zasypując mnie historiami życia, które szczególnie ochoczo z nich wypływają kiedy da im się parę groszy.
Na moim osiedlu mamy kogoś, kogo nazywają Stasiem Biedroną. Kiedyś dałem mu zaledwie 20 groszy, a on zapamiętał mnie bardzo dobrze. Co mnie widzi to wznosi za mnie toasty piwkiem z plastikowej butelki, pokazuje mi cześć, krzyczy za mną na ulicy. I to bardzo miłe, lubię rozmawiać z takimi ludźmi do czasu, aż są zalani do tego stopnia że zdania układają im się średnio.
Pamiętam, jak szedłem z własną matką do domu a on mnie zaczepił żeby podziękować za te dawne groszaki i poprosić o następne. Nikt nie zbiednieje, gdy pozbędzie się z kieszeni jakiś miedziaków a temu człowiekowi może to uratować popołudnie! No więc idę z tą mamą, daję mu grosiki i gdy się oddaliliśmy usłyszeliśmy jego krzyk: “Tej! Ale żeś se niezłą kurwa wyrwał dupę!”. Oj, ale się wtedy uśmiałem, autentycznie.

Kiedyś do autobusu wsiadł facet obwieszony złotem. Nie wiem czy prawdziwy, ale z jego szyi biło prawie światło a jakieś mini diamenciki na ręce robiły wrażenie. Gdyby nie niechlujna reszta i obita maska, to nikt nie powiedział by o nim “menel”. Wsiadł i zaczął rozmawiać z takimi typowymi pijaczkami, co z przewieszonymi torbami po robocie idą z kumplami do jakiegoś bistra, piją po parę piwek i wracają do domowego piekła. Chyba ich polubił, chociaż oni bardziej się z niego śmiali niż z nim poważnie rozmawiali. Kiedy wysiedli pijaczek przysadził się do jakiegoś dresa, który siedział z dziewczyną. Nie wiem dokładnie jak to wyszło, ale słyszałem tego łysola jak mówił do niego coś w stylu
- Kurwa śmieciu, zaraz ci mordę obije drugi raz i będziesz miał cały ryj w takich strupach!
Na co pijak do mnie:
- Pff, niech się ten młodziak cieszy, że ma przyjemność jechać moim prywatnym autobusem! - Dodam, że był to autobus linii miejskiej. - Bo ja mam właśnie tą sześćdziesiątkę czwórkę (numer tego autobusu), pięć tirów i inne szpargały! I niech mi taki ktoś tutaj nie pierdoli. Admirał nie admirał, generał nie generał, to jest chuj. Ludzie są równi, a oczy muszę mieć dookoła głowy jak lis! Ja wszystko widzę! Wszystko słyszę! Trzy lata w wojsku byłem za stanu wojennego, tuż obok Jaruzelskiego siedziałem. Jestem generałem, pilotowałem łódź podwodną z głowicami jąąądrowymi!
Chyba nic więcej pisać nie muszę, niezłą miałem komedię. Między dresem a nim nic nie zaszło.

Parę tygodni temu, w rewirach dalekich ode mnie gdy wychodziłem ze sklepu zaczepiła mnie parka żuli.
- Witam, powiem szczerze. Nie na bułkę, nie na mleko. Do jabola nam złotóweczki brakuje. Da radę? - mówi. Ja cenię ludzi za szczerość, kiedy nie żebrzą na jakieś operacje przepukliny, dzieci bez nóg czy szczepionkę na raka ale mówią wprost, że chcą się nawalić ale ich na to nie stać.
Szperam po drobnych i odzywam się.
- Przykro mi, mam tylko 50 groszy.
- Kurwa, nie no kurwa, dlaczego? Kurwa, dlaczego?! Tyle szukałem.
No i kumpel się ulitował i wyszperał drugie tyle.
- Dzięki, zajebiście! Dzięki! - bardzo się nasz nowy znajomy podekscytował. Poszedł sobie a jego przyjaciel, lekko przygarbiony, odzywa się nareszcie:
- Dziękówa! Powodzenia!
Do dziś nie wiem, w czym nam tego powodzenia życzył, ale chyba w życiu.

Zaledwie parę dni temu spotkałem materiał na dłuższą historię. Na przystanku podchodzę do rozkładu jazdy a na ławeczce siedzi poczciwy pan z wąsikiem i się uśmiecha.
- Przepraszam, jak dojadę do dworca PKP?
- Jadę kawałek dalej, to mogę ci pokazać gdzie masz wysiąść i jak iść.
- No to elegancko, bo ten cymbał - facet pokazuje na jakiegoś chłopaka w kapturze - chciał mnie wyprowadzić kuźwa w jakąś dupę! A w ogóle to jestem Leszek, a ty?
- Piotr - mówię i podaję mu rękę. Leszek poczęstował mnie papierosem i zaczyna ucinać sobie ze mną pogawędkę, żeby czas jakoś zleciał.
- Wiesz co? Urodziłem się w Jeleniej Górze. Wiesz gdzie to jest? No, ale teraz mieszkam w Inowrocławiu i dlatego jadę na dworzec bo wracam do domu. Jestem budowlańcem i alkoholikiem.
I to mnie rozbroiło, bo rzadko który z nich mówi tak o sobie wprost! Zawsze się zasłaniają, że życie ciężkie, że pić się chce bo gorąco i tak dalej. Wsiedliśmy do tramwaju a Leszek nadaje dalej.
- Kurwa, syna teraz proszę żeby gdzieś się nie błąkał, tylko do woja poszedł na helikoptery. Byłem w wojsku i to jest człowiekowi potrzebne. - Nagle jakaś kobieta podchodzi, żeby odbić sobie bilet Leszek zasłania kasownik, ale szybko się odsuwa i mamrocze tylko coś w stylu “Kurwa, ten kasownik to ja sobie w klatkę wmontuję”.
- Słuchaj, Piotras, powiesz mi coś szczerze?
- No.
- Przyznaj, że jak se podkręcę wąsa to wyglądam jak Piłsudski. - I podkręca sobie wąsa.
- Przyznaję, widzę podobieństwo.
- A gdzie tak właściwie jedziesz?
- Umówiłem się z koleżanką.
- Dobra, kurwa, Leszkowi kitu nie wciśniesz. Do dupy jedziesz?
- No dobra, do dupy - naprawdę nie chciało mi się z nim kłócić.
- To wiesz co? Mam na nią sposób.
- Jaki?
- Powiedz jej, że poznałeś Leszka z Jeleniej Góry. Pokocha cię wtedy do końca życia, na wieki.
- Ok, powiem.
- Tylko nie idź do ołtarza za szybko. Bo powiem ci coś: Każda żona jest szalona! - Uwielbiam te ich powiedzonka, są genialne po prostu.
Gdy już prawie mieliśmy dojechać do celu drogi Leszka, on mi coś dał.
- To dla ciebie - powiedział, i wyciągnął nadgryzionego Snickersa.
I wiecie co? Wcale nie poczułem obrzydzenia czy czegoś podobnego. Wziąłem batona i podziękowałem.
- Daje ci wszystko co mam, bo jesteś gościu z klasą - usłyszałem.
I to było zajebiste, nie zjadłem tego ale doceniłem jak rzadko. Bo to dar, dał to co miał, od serca. Jego podziękowanie za pomoc jaką mu okazałem. Coś pięknego.

I chyba za to cenię tych ludzi. Bo pomimo swoich błędów i wykolejenia. Pomimo tego, że w życiu im nie wyszło są to ludzie prawdziwi. Może i ktoś poliże dupę za drobne, ale kiedy wejdziecie w głębszą rozmowę oni was czarować nie będą. I podzielą się swoją wiedzą, której nie zdobywa się w szkołach ale poprzez doświadczenie. Miałem takich historii znacznie więcej, ale mniej zakręconych. Mógłbym tu opisać każdego pijaczka jakiego spotkałem w życiu. Ale po co? Te cztery typy obrazują doskonale tych, których spotkacie w każdym mieście tego kraju. Ludzi, którzy liczą na odrobinę serca pod postacią paru drobnych. Żeby jeszcze raz, niezależnie od pory dnia i roku, zatopić swoje smutki w tanim alkoholu popalając do tego znalezionego na ziemi peta.
Bo cóż innego im pozostało?

* * *

piątek 22 lutego 2008 , 3:19 po południu

Gorzka anegdota

Autor: Domator

To najbardziej gorzka anegdota jaką słyszałem w życiu. Jasno pokazująca jakie życie może być chujowe i jak bardzo prawdziwy jest tekst “ironia losu”. Posłuchajcie (no, poczytajcie):

Pewien nauczyciel z Poznania uginając się pod namową uczniów wypuścił ich z ostatniej lekcji jakieś 5 - 10 minut przed dzwonkiem. I wszystko szło ok., każdy poszedł do szatni po kurtkę, nie było żadnej burdy, rozróby w szkole, nikt nikogo nie zrzucił ze schodów. Uczniowie poszli na przystanek i czekali na tramwaj. Kiedy ten nadjechał, oni posłusznie wsiedli. Wszystko działo się tak, jakby lekcje skończył się normalnie. Podobno parę minut nikogo jeszcze nie zbawiło, ale to nie prawda. Kiedy pojazd ruszył, parę przystanków dalej rozpędzony samochód w niego uderzył. Uderzony wagon wykoleił się powodując parę ran i stłuczeń, a także coś gorszego.
Jeden uczeń bowiem zmarł.
To brutalna historia, bez szczęśliwego zakończenia. Podobno nauczyciel, który zwolnił uczniów do dziś odsiaduje swoje w zakładzie karnym.
I podobno jest to historia autentyczna, a nie zwykły straszak na uczniów. Przecież nikt zdrowy i młody śmierci się tak naprawdę nie boi, uważa ją za rzecz zbyt odległą.

Więc jeżeli ktoś kiedyś będzie zachęcał was do czegoś słowami “Daj spokój! To tylko pięć minut” to nie idźcie na taki układ. Ten krótki czas - jak widać - nie jedno potrafi zdziałać. Opowiedzcie mu tę historię i znajdźcie sobie inną wolną chwilę.

* * *

wtorek 19 lutego 2008 , 11:19 po południu

Nowa wizja piekła

Autor: Domator

Wyobraźcie sobie taką sytuację:

Spotykacie na jakimś zorganizowanym zlocie wszystkich swoich znajomych. Obecnych, byłych, tych z którymi kontakt zatraciliście lub zerwaliście, tych na których jesteście obrażeni lub z którymi rozstaliście się w takich okolicznościach że nie było nawet czasu na żadne “do widzenia, stary”. No wszystkich.

Będąc na tym zlocie musicie między nimi krążyć, robić sztuczne miny, jak to miło wam kogoś widzieć, jak to się cieszycie, kłamiąc w twarz że skradziono wam telefon ze wszystkimi numerami stąd brak kontaktu, że nie mieliście czasu na przyjaźnie, wymyślając najgłupsze preteksty przez które niby zrobiliście coś kiedyś.
Mijacie tych wszystkich ludzi, z każdym ucinacie krótką pogawędkę. Szlag was trafia, bo widzicie że temu-i-temu wciąż powodzi się lepiej od was. Widzicie, że dziewczyna do której kiedyś się śliniliście jest dziś jeszcze piękniejsza ale nic z tym nie zrobicie. Wkurzają was stare docinki, dowcipy na wasz temat i fakt, że nie macie na to lepszej riposty niż głupi uśmiech.
To prawdziwy horror! Każdy jest lepiej ubrany od ciebie, każdy prezentuje się lepiej, każdy patrzy na ciebie jak na zero i od niechcenia kiwa ręką na “cześć”.
Oblatujesz obecnych znajomych by tłumaczyć im różne niezręczności związane ze starą ekipą. Odkrywasz po kolei karty rozmaitych historii, których do tej pory nie słyszeli ale nie jest ci z tym za dobrze. Naginasz prawdę po obu stronach, bo żadna nie wydaje ci się dostatecznie dobra. Oni nie wierzą, każą wybierać a ty biegniesz dalej.
Najgorsza jest świadomość, że nie tylko wy - przez ten czas gdy się nie widzieliście - ulegliście zmianom. Oni też, a fakt że masz wysłuchiwać historii ich życia napawa cię obrzydzeniem. Bo właściwie z dużą częścią tych ludzi nie łączy cię już nic. Dobrze wiesz, że z kolei twoja historia nie interesuje nikogo. W końcu samemu zaczynasz wątpić w jej wartość dając się nieść na fali. Liczysz ile razy ktoś do ciebie podchodzi z zaczepnym “co tam?” i zaczyna kolejną nudna rozmowę. Noszą garnitury. Nigdy nie widziałeś ich w garniturach. Piją drinki. Nigdy nie widziałeś ich przy drinkach, na podobnego rodzaju “standing party”.
I jesteś po prostu świadkiem tego, jak w pewnym momencie jedna historia rozgałęziła się na kilkanaście innych by na tą jedną chwilę, na to jedno spotkanie rozgałęzienia mogły się znów spleść. Żałujesz, że nie masz sekatora ani niczego w tym stylu. Pozostaje czekać, gdy oczy masz coraz szersze ze zdziwienia, a wory pod oczami coraz głębsze ze zmęczenia.

Czujecie to? Potraficie to sobie wyobrazić? Ja do tej pory nie potrafiłem, ale oto nowa wizja piekła.
Dzisiaj przez taki sen (koszmar) zaspałem o pół godziny.

* * *

wtorek 12 lutego 2008 , 6:45 przed południem

Wydawnictwo

Autor: Domator

Nie pomyślał bym, zakładając tą stronę, że stać mnie na coś takiego i że wypuszczę się z taką inicjatywą. TheElder.net to już nie tylko zwykła strona internetowa, jakiś tam blog, jakieś tam miejsce do wyszczekiwania się anonimowego gościa z Poznania. To także wydawnictwo. Owszem, podziemne. Owszem, z niskimi nakładami. Owszem, robiące dla idei, a nie zarobków. I oczywiście kultywujące starym tradycjom maszyny do pisania, powielaczy i limitowanych nakładów.
Wydałem broszurę! Są w niej moje wiersze. Nic wielkiego, przyznaję. Nie zrobiłem tego dlatego, że nie bierze mnie żadna gazeta, bo wydawcy kopią mnie notorycznie w dupę. W swoim życiu nie zapukałem jeszcze nigdy do żadnych drzwi wydawnictwa. Zrobiłem mnie bo załapałem taką zajawkę. Napisałem na maszynie do pisania, odbiłem sto razy i oto cały nakład znalazł się nagle u mnie w domu. Następnie spiąłem wszystko, każdemu egzemplarzowi nadałem osobny numerek. Nakład wynosi 100 egzemplarzy. Obecnie kilka z nich trafiło do paru księgarń i między kilku znajomych.
Dodatkowo każdy ma podpis. Nie czuję się jakąś sławą która łaskawie składa autografy. Uznałem, że coś musi potwierdzać autentyczność tego dzieła.

Całość nosi tytuł “Słońce i Stal i 5 innych”. Nie wnikam, jak to brzmi. Jak można się domyślić, jest tam 6 wierszy. Nie jest to wykonane spektakularnie, ale przecież nie rozchodzi się o formę. Całość wykonana oczywiście pod patronatem niniejszej strony. Dodam nieskromnie, że jeden z wierszy które wchodzą do broszurki został niedawno wydrukowany w prasie. No co, może to kogoś zachęci?

Czy setka to dużo? Na pewno, biorąc pod uwagę że to czysto domowa robota a za drzwiami nie czeka na mnie stado głodnych czytelników, to to chyba aż za dużo. Ale zobaczymy jak się rozejdzie.
I teraz uwaga, nie zarabiam na sprzedaży tego, bo sam wykonałem to nie wkładając w projekt ani grosza. Po szczegóły zapraszam do sklepu.

* * *

niedziela 10 lutego 2008 , 3:33 po południu

Poranna zaduma

Autor: Domator

Prawdziwa to zaduma o poranku, gdy o godzinie czternastej patrzę na własny ogród, wypełniony słońcem i zielenią. Zieleń może nie jest jeszcze taka żywa jaka jest latem, ale na boga, mamy dzisiaj dziesiąty lutego i nie wydaje mi się by było to normalne. Wzięło mnie na zadumę bo miałem małą opcję - podsumować sobie ferie zimowe (ha, to słowo zupełnie do nich nie pasuje, nie było żadnego śniegu, lodu i wielkich mrozów).
W filmie “Kawa i papierosy” bodajże dwukrotnie padają słowa, że warto pić kawę przed snem, bo wtedy sny przelatują w twojej głowie z wielką prędkością. Ja nie piję dużo kawy, nigdy przed snem. Pije ją w dzień i wtedy to dni przelatują przede mną za szybko. Jak na przyśpieszeniu. Nie potrafił bym wam opowiedzieć o tych dwóch tygodniach po kolei, tak jak wszystko się działo. Dni zlewają mi się w jedną całość, szczegóły ulatują z pamięci, niektóre zdarzenia jawią się wspaniałymi a inne koszmarami ale nie potrafię ich wskazać.
Wiem za to, że to były bardzo ważne dwa tygodnie w moim życiu. Przyniosły mi tyle zmian, tyle zdziwień. I pytam się sam siebie: kiedy? Przecież nie miałem nawet czasu pomyśleć. W ciągu ostatnich dwóch tygodni nie miałem czasu nawet na to, żeby położyć się na łóżku i przeczytać chociaż kawałek jakieś książki. Słuchałem za to dużo muzyki,ale głównie podróżując gdzieś. Chciałbym znów mieć słuchawki na uszach i w autobusie numer 64 jechać przed siebie, wysiąść na Literackiej i przemierzać to dziwne osiedle, by dojść do znajomych. Znów odwiedzić Wojska Polskiego, posiedzieć gdzieś przy ognisku, porąbać drzewa siekierą, pisać list, zaprosić kogoś na śniadanie. Wiem, że przez te ferie zjadłem więcej jajek niż na Wielkanoc. Nie wiem jakie są konsekwencje za dużej ilości żółtek. Nie dbam o to, wszak jajecznica to rzecz o której mogę powiedzieć “hej, umiem to zrobić”.
Niby chciałbym zrobić takie “Previous” jak na Winampie, ale z drugiej strony to normalna kolej rzeczy, że coś mija szybko i przychodzi następna rzecz. Dzisiaj kończę śniadanie i popijam herbatkę, podczas gdy jutro o tej samej godzinie będę wychodził ze szkoły. Pewnie strasznie wyjebany, zdenerwowany i bez perspektyw na inny dzień niż piątek wieczór, sobota.
Ale im więcej dni pokonam, tym bliżej do wakacji. A wcześniej majówka. A wcześniej Wielkanoc i związane z nią wolne.

Im więcej kawy w nas, tym szybciej przyjdzie po nas czas, na który czekamy. Tym więcej dni na przyspieszeniu, tym więcej zlanych chwil, które przecież są bezwartościowe i pełne rutyny. Które tylko stoją na drodze tym ważniejszym.
Kawa zabije rutynę, kawa da jej kopa w dupę, odsunie ją do przyszłości która jest “gdzieś tam” i obecnie się nie liczy. Luzik.

Kawa

* * *

czwartek 31 stycznia 2008 , 12:48 po południu

Rok 2007

Autor: Domator

Druga w historii strony taka notka. Pierwsza dotyczyła 2006 i ta którą teraz czytacie zbudowana została na bazie poprzedniej. Podsumuje ona zeszły rok, powie o nadziejach na następny… Niestety publikuję ją dopiero teraz, gdy skończył się styczeń a nie tak jak ostatnio w samej końcówce starego roku.
Na samym wstępie mogę powiedzieć jedno: dla mnie rok 2007 był lepszy od 2006. Spełniły się życzenia w stylu “oby nowy lepszy był od poprzedniego”. A coś więcej opisałem poniżej.

Blog
Ponad rok w sieci. Licznik pokonał magiczną barierę dziesięciu tysięcy. Teraz jest na nieco powyżej trzynastu tysięcy. Strona wciąż nie jest rozreklamowana i nie bije rekordów popularności. Pociecha w tym że na dobre zadomowiła się w wyszukiwarce Google.
Co mnie boli to to, że rok 2007 a zwłaszcza jego druga połowa to rok sporadycznych uaktualnień. W tym roku pojawiło się 70 wpisów i jakieś 180/190 komentarzy.
I tyle statystyki. Mam nadzieję, że z nową odsłoną pójdzie w górę coś więcej niż cyfra w liczniku. Że wzrośnie popularność strony u ludzi którzy przyjdą tutaj coś przeczytać.
Nie mogę obiecać poprawy jeżeli idzie o aktualizację w nowym 2008 roku. Bo jeżeli strona ma nowe wpisy rzadko to znaczy że mi się po prostu żyje tak, abym nie miał na te wpisy czasu (albo chęci!). Obym w nowym roku potrafił połączyć stronę z dobrym życiem. Tego sobie życzę.

Filmy
Czy w tym roku były jakieś ciekawe filmy? Filmy na które naprawdę bym czekał? Poza Death Proofem nic nie przychodzi mi do głowy. Nawet na Planet of Terror nie zdążyłem do kina :) Więc znowu, zgodnie z moim zwyczajem do kina nie chodziłem. Nie, że nie lubię, że mnie nie stać czy że nie było na co. Ja po prostu tak robię, nie ma na to wyjaśnienia.

KISS
Aż dwie części osławionego KISSOLOGY, które pobiły rekordową sprzedaż części pierwszej. Tu nie ma co dużo mówić bo znowu udowodniono, że na taki towar wśród ludzie (bo nie tylko fanów!) jest zapotrzebowanie. A czy powoduje je ciekawość, chęć ożywienia wspomnień czy szaleństwo za zespołem to już nie ważne. Kolejne platyny na ich koncie i póki co nie zapowiada się na kolejne części KISSOLOGY.

Muzyka
W muzyce w roku 2007 siedziałem bardziej. Myślę, że dużo albumów było wartych poznania.
Mała lista i ew. jakieś moje uwagi. Nie wszystkie z albumów wymienionych były dobre. Wśród nich znajdziecie wiele średnich a nawet słabych! Niemniej każdy z nich nagrany jest przez artystę którego moim zdaniem nowe dokonania należy śledzić.

PŁYTA ROKU: Grinderman - Grinderman, to jedna z lepszych płyt jakie w ogóle słyszałem, inna niz dokonania Cave’a w The Bad Seeds ale z wielkim kopem i wyczuciem jednocześnie. Obłęd.

The Good, the Bad & the Queen - The Good, the Bad & the Queen

Poison - Poison’d! (covery róznych artystów nagrane przed Poison. Kilka naprawdę niezłych)

Tigertailz - Thrill Pistol

Sixx: A.M. - The Heroin Diaries (fatalna płyta jednego z moich ulubionych muzyków - Nikki Sixxa)

Ozzy Osbourne - Black Rain
(album jasno pokazuje, że w studiu każdy może zrobić wszystko. Niestety, z tego co widziałem Ozzy nie wypada na żywo nawet w połowie tak dsobrze jak w studiu)

King Diamond - Give Me Your Soul…Please

Slayer - Christ Illusion (chodzi oczywiście o reedycję wzbogaconą o jedną piosenkę i DVD)

W.A.S.P. - Dominator

The Stooges - The Weirdness (ciekawy powrót Iggy’ego i kolegów)

The White Stripes - Icky Thump

Eagles - Long Road Out of Eden

Marcus Miller - Free

Herbier Hancock - River: The Joni Letters

Miles Davis - The Complete on the Corner Sessions

A muzyczne oczekiwania na 2008? Już mówię!

Nick Cave and The Bad Seeds - Dig, Lazarus, Dig !!!

Motley Crue - The Dirt

Judas Priest - Nostradamus

Slipknot - ???

Anthrax - ???

I to na razie tyle. Co “wyda się” jeszcze to się zobaczy.

Książki
Z ciekawszych pozycji wymienić należy:
Biografię Toma Waitsa, biografię Slayera, biografię Bukowskiego. I z wydanych wcześniej które właśnie czytam, a które kupiłem w 2007, czyli biografię Davisa i Cave’a Tak, dla mnie to rok biografii bo jeszcze nigdy nie kupiłem publikacji tego typu w takiej ilości co właśnie w 2007.
No i nie można nie dodać wydania dwóch książek wielkiego Johna Fante. “Pył” i “Bractwo winnego grona” to świetne książki dające nadzieję na przyszłość. A nuż ktoś pokusi się o dalsze wydawanie tego autora?

Życie
Jestem szczęśliwy, jak nigdy wcześniej.

* * *

wtorek 29 stycznia 2008 , 11:40 przed południem

KISS w Europie w 2008!

Autor: Domator
KISSONLINE EXCLUSIVE

Last night, Paul Stanley confirmed that KISS will tour Europe and Scandinavia this May and June. The band will play arena and stadium shows.

Details to follow….Stay tuned to KISSONLINE!

Oj, mnóstwo plotek było. Zaczęło się od jednego koncertu na festiwalu Download, potem że niby jeszcze w Sztokholmie a teraz robi się nam z tego trasa. Może trwająca dość krótko, ale liczę że zaliczą wszystkie najważniejsze punkty na mapie Europy. Oczywiście optymiści niech wykreślają Polskę :)
I oto na horyzoncie pojawiła się możliwość pójścia na koncert marzeń! Bardzo mnie ta informacja uszczęśliwiła…

* * *
« Nowsze wpisyStarsze wpisy »







"Nudzą się jedynie ludzie nudni. Muszą stale się podkręcać, żeby czuć, że żyją."
Charles Bukowski
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress