Opowieści z Milandu…
Jakoś nie mam weny na konkretny wpis, więc wkleję wam dwa zdjęcie, z życia wzięte, jak to mawiają.
Mam przy szkole mały sklep spożywczy o nazwie Miland. Pracuje w nim pani Halina, która boi się licealistów kupujących drożdżówki, coca-colę i kradnących batoniki.
Oto pewnego razu, gdy stałem sobie za sklepem podszedł do nas gość, którego znaliśmy bardzo słabo z innej, równoległej klasy. Po oczach dało się wyczuć, że lubi sobie zajarać. Przywitał się z nami i powiedział:
- Kurwa, trza by było po jakieś fajki iść. - I poszedł.
Za chwilę, bardzo krótką chwilę, ktoś nas zawołał. Obróciliśmy się i o to co zobaczyliśmy:

Boże, nie codziennie widzi się kolesia otwierającego paczkę papierosów na dachu sklepu spożywczego!
Z innych milandowych akcentów:

Dziadzia. Bardzo miły facet, ale trochę za dużo uprawia żulerki. Pomaga panią ze sklepu, odgarnia śnieg, podaje pomarańcza, pali papierosy i pije piwka. Najlepszy i najmilszy “lokator” Milandu
* * *
Ostatnio na przystanku czekałem jak zwykle na autobus, patrze a tu zul który wg, mnie jest troche porąbany, w moro, trampkacj, kamizelce pomarańczowej, do której przypięty kawałek kartonu z napisem “ŻW” i komórą zawieszoną na pasku(jakis kloc lub atrapa) udaje że kieruje ruchem mówiąc do siebie. Wszyscy kierowcy patrzą na niego z niepokojem bo myślą, że dalej był jakis wypadek, lub on pokazuje objazd. Niestety nadjechał autobus…
Komentarz napisany przez: kristofer133 — luty 22, 2007 o 11:44 po południu