TheElder.net - Domator

niedziela 1 czerwca 2008 , 3:52 po południu

“Well, the night does funny things inside a man” (Miasto nocą #1)

Autor: Domator

Pisane 22 maja 2008 roku

Noc spędzona w mieście naprawdę jest źródłem wielu dziwnych sytuacji. Bo tacy są ludzie: pijani, rozwścieczeni, zadowoleni, zdołowani, szukający swojego miejsca w grupie.
Nienawidzę centrum a jednocześnie kocham je za to samo, jest ono miejscem do zaspokajania najprostszych potrzeb, jakie ma człowiek wolny od obowiązków. Upić się, naćpać, być łatwym, wytańczonym…
Wczoraj byłem na urodzinach moich znajomych w małym klubie na poznańskim starym rynku. Podczas imprezy nie chcąc płacić 7 zł za piwo chodziłem z kolegą do spożywczego, kupowałem piwko lub dwa i wypijałem je w bramie, albo na wzgórzu Przemysła. Coś co w dzień jest jednym z bardziej znanych poznańskich punktów nocą zamienił się w punkt chlania, szczania pod zabytkowy mur i głośnych śmiechów, które ustawały tylko wtedy, gdy na horyzoncie pojawiała się policyjna suka.
Wróciliśmy jeszcze na chwilę do klubu aż w końcu wyszliśmy na dobre, by pójść to innego miejsca. Nie chcę nikomu robić anty-reklamy, nie będę rzucał nazwami klubu. Kto zorientowany domyśli się natychmiast.
Zatrzymaliśmy się przy dziwnych metalowych drzwiach, by spytać przez telefon o drogę osoby, która była już w środku. Wyszło na to, że budynek z odpadającym tynkiem, wspomnianymi drzwiami uwalonymi farbą w sprayu, brak neonu czy znaku z nazwa knajpy i mała grupką ludzi przed to miejsce, do którego zmierzaliśmy. Nie mogłem w to uwierzyć, a w środku było jeszcze gorzej.
Rozumiem, czy też staram się zrozumieć, tą tak zwaną alternatywę. Bo tacy byli w środku ludzie, taka była muzyka, takie były nawet ściany, stoły i lampy. Tapeta - głęboki PRL, tak jak lampy. Piwo w plastikach, stoły, których blaty na cherlawych nóżkach prawie poddały się już grawitacji. Za to kanapy eleganckie. Na parkiecie, przy kurewsko głośnej muzyce, tańcuje młodzież. Ubrana w różne krzykliwe barwy, stare ortaliony, no po prostu - nie przeciętnie. Nie odbierzcie tego źle, nie chcę tutaj krytykować ludzi dlatego, że ubierają się inaczej ode mnie, słuchają innej muzyki czy zwyczajnie czują inne klimaty. Ja, mimo że jestem ich rówieśnikiem, nie mogłem się odnaleźć. Wszyscy mieli tak spokojne miny, jakby to co się dzieje, było normalne, przeciętne, nie wybijające się. Rozmawiali tak, jakby muzyka wcale nie grała. Ja nie słyszałem co mówią osoby siedzące obok mnie A mi klub kojarzył sie tylko z tym, że ludzie uciekają z dobrych domów by poczuć klimat meliny i napić się piwa z plastikowego kubka. Myślę, że gdyby ściszyć muzykę to było by lepiej, bo ja lubię meliny, tylko bardziej klasyczne. Wole uciekać ze swojego dobrego domu w coś mniej nowoczesnego, równie rozwalonego i cichszego. Rzecz gustu. Albo znowu się czepiam.
Z tego wspaniałego przybytku wyrwał mnie telefon innego kolegi. Oto nadarzyła się idealna okazja by zniknąć po angielsku.
Gdy go spotkałem wróciliśmy na chwile do tego pierwszego, urodzinowego, klubu by wrócić wreszcie do domu. Dołączyła do nas koleżanka. Naszła ją ochota na piwo więc skręciliśmy do całodobowego “Jeżyka”.
To co zobaczyłem pod sklepem, było tak nierealne, że do dziś wydaje mi się to absurdalne. Mniej więcej czwórka kolesi w czapeczkach z daszkiem albo żelem na głowach kopało pod sklepem jakiegoś samotnego podróżnika. Sprzedawali mu kopy, w głowę, pod ramieniem, w rękę, prawie wszędzie. I nie trzymali go, kazali mu uciekać. Gościu wyglądał na, jak to mówią, “bruda”. Padło tam bardzo pamiętne dla mnie hasło: “Nie ważne jak wyglądasz, ważne jak się napierdalasz, łochu”.
W końcu mój kolega do niego podszedł, powiedział po angielsku, a ten jak gdyby nigdy nic odszedł. Nie mogę tego pojąć.
Wiele ulic później, kiedy już sie najedliśmy w przyulicznym kebab-barze i szliśmy na autobus z bułami w ręce, zobaczyliśmy jakąś większą ekipę przed nami i jednego kolesia, ze strasznie upaćkaną od jedzenia mordą, jak za nimi biegnie. Wpierw wyrzucił prawie cały kebab na ziemię i podleciał do grupy, chwycił jednego od tyłu i położył na ziemię.
- Rozdzielcie ich! - dało się słyszeć głosy
- Nie! Zostaw ich! Solówka to solówka!
I się młócili. Ten, który zaatakował uderzał w głowę drugiego z wielką siłą. Słyszeliśmy jak dudni mu w czerepie. Spokojnie przełykając swoje pokrojone mięso w bułce, oczywiście.
Chyba mieszkaniec wielkiego miasta w dzisiejszych czasach jest znieczulony na wiele rzeczy. Zaczynając od przejechanego kota na ulicy, kończąc na bitych ludziach późno w nocy.

* * *

Komentarze » (3) »

  1. Nie ma to jak centrum nocą, mimo to wole jednak siedzieć dupą na KWT i chlać browar przy akompaniamencie pociągu;D Jestem tradycjonalistą chyba hehe, ew. domówki. Elo

    Komentarz napisany przez: Krachuj — czerwiec 1, 2008 o 10:43 po południu

  2. Nigdy nie będę znieczulona na widok przejechanego zwierzaka.

    Komentarz napisany przez: Cat — czerwiec 15, 2008 o 12:14 po południu

  3. Faktycznie, teraz sobie przypomniałem tego mijanego przez nas kota. Jesteś dobrym wyjątkiem.

    Komentarz napisany przez: Domator — czerwiec 15, 2008 o 3:30 po południu

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URI

Shout It Out Loud!








"Nie ma żadnego diabła, jest tylko pijany bóg."
Tom Waits
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress