TheElder.net - Domator

niedziela 1 października 2006 , 2:10 po południu

Latający Cyrk Monty Pythona vs. Jacyś Francuzi

Autor: Domator

To będzie dla mnie trudny wpis, a potem pewnie trudna walka. Chociaż trudno to stwierdzić po frekwencji na blogu. [Zaczęło się od tego wątku]
Dlaczego? Bo jestem jednym z niewielu w sieci ludzi, którzy zwyczajnie nie lubią Monty Pythona. Przyzwyczaiłem się już do róznych reakcji łącznie ze standardową już w stylu “Jak można nie lubić MONTY PYTHONA?!”, więc raczej żadne komentarze mnie nie zdziwią.

W każdym razie, Pythoni nie śmieszą mnie i nie potrafię tego wytłumaczyć. Ubóstwiam za to szkołę francuską z Rolandem Toporem na czele. Gdy tylko czytam powieść czy opowiadanie Topora uśmiech maluje mi się na gebie momentalnie. Słyszałem o porównaniu szkoły angielskiej i francuskiej ze względu na ich “podobieństwo”. Czy one naprawdę są takie podobne?

Pythoni znowu trafiają do TV. Znowu ożyje nasz Polski Internet, znowu wyrośnie pełno nowych fanów, którzy zachwalając na cały głos po krótkim czasie znowu wrócą do “Kiepskich” i innych polskich sitcomów.
Zacznijmy od kultowości słynnej brytyjskiej grupy. Gdzie ona tkwi? Sądze, że w popularności stacji BBC, która Monty Pythonskutecznie rozpowszechniła ową grupę na Wyspach a w końcu i na świecie. Do tego dochodzi swojego rodzaju bycie prekursorami na tym terenie. Z drugiej strony Topor też zaczął pisać w latach 60. Nie ma więc mowy o wzajemnym kopiowaniu siebie, jest za to mowa o mniejszej skali, skoro brytoli puszczano w TV a Topora rzucano do księgarnii. Jednak wciąż zagadką sa dla mnie totalne korzenie takiego humoru.

Gunfan w wątku do którego link podałem wyżej dość obszernego posta. Własnie ten post zmotywował mnie do napisania tej notki. Ale ja nie zrobię opisu francuzów tak jak on to zrobił ze swoimi idolami.
Do tego zapytałem się jednego z miłośników brytyjczyków o Pythona i dowiedziałem się, że to nie do końca angielski humor. Czy jakiś fan może mi wyjasnić (np. w komantarzach) do jakiego kanonu owa grupa się zalicza? Bo już ni cholerę tego nie rozumiem, tylko mi nie sypcie, ze to wyjątek na skalę światową i dlatego powinno mu się nadać osobną kategorię…
Roland Topor
Jeżeli spodziewacie się konkretnych tekstów definitywnie niszczących anglików i wynoszacych pod niebo francuzów to nic z tego, z takim czymś nie dał bym rady bo w końcu my sami wiemy co jest śmieszne a co nie. Mój przypadek znacie.
Co z waszym? Odsyłam do sondy. I proszę każdego fana anglików o napisanie - chociaż krótko - co widzicie w Latającym Cyrku i co was do niego ciągnie. Niestety, bez was Pythonowcy będę mógł ten wpis skasować. A jezeli zbiorę minimum dwie opinie to - kto wie - może posłuży to do napisania kolejnej notki.

Na koniec wklejam opowiadanie Rolanda Topora, jak ulał pasujące do mojego wpisu. Dlaczego? Idealnie wręcz zbiega się w moim wyczuciem angielskiego humoru. Mowa o końcówce rzecz jasna. Więc mając takie opowiadanie nie muszę pisać czym dla mnie jest takiataki humor i takiataki artysta. To wystarczy.
[tu się zaczyna]

Ależ tak, Francuzi mają poczucie humoru. Oczywiście, ze je mają! Ach! Ach!
Tylko, że nie jest to angielskie poczucie humoru. Przyznacie, że szkoda.
W dziedzinie humoru Anglicy - Brytyjczycy, jak sami siebie nazywają - przewyższają resztę świata. Nie ma lepszych. No i trudno! Nie ma co robić tragedii! Francuzi mają wino, a Anglicy humor. Mogło być gorzej. Wyobraźcie sobie, że mieliby i jedno, i drugie!
Zresztą we Francji wystarcza ironia. Bez kompleksów.
Stosując odrobinę francuskiej ironii, można uchodzić za wesołego kompana albo wręcz za wesołka. Z pewnością dzieje się tak dlatego, że nie wtajemniczona publiczność zadowala się byle czym. Z braku laku, dobry kit. Sytuacja komplikuje się z chwilą wyjazdu za granicę. Zasoby dobrego humory, uszczypliwego zmysłu obserwacji, umiarkowanego optymizmu i cywilizowanej kpiny, w które wydawaliśmy się wyposażeni, topnieją szybciej niż łyżeczka masła między piersiami Maruschki Detmers. Nasz humor narodowy nie jest wart więcej od naszych franków. Wszelka wymiana, rózniez dowcipów, okazuje się niekorzystna. Jakież to bolesne.
Wróciłem z Brukseli, gdzie spędziłem miesiąc.
Gdy tylko otwierałem tam usta, żeby rozluźnić atmosferę lub sprytnie podsunąć temat rozmowy, natychmiast powietrze wypełniało się elektrycznością i zaczynaliśmy się czuć nieswojo.
Podkreślam, że nie opowiadałek tzw. kawałów o Belgach* (nie lubię ich), zadowalałem się po prostu przedstawieniem konkurencyjnych - jak sadziłem - próbek francuskiego humoru. Kompletna klapa.
Któregoś dnia przyjaciel powiedział mi:
- Powinieneś wziąć prywatne lekcje.
- Lekcje czego?
- Angielskiego humoru, rzecz jasna!
A ja na to osłupiały:
- Gdzie? Z kim? Chyba żartujesz?
Ale on był poważny niczym arcybiskup Canterbury.
- Znam doskonałego profesora, wykładowcę angielskiego humoru, który mieszka przy rue Royale, dokładnie naprzeciw “Botanique”. Sądze, że korzystając ze swojego pobytu w Brukseli, mógłbyś przyswoić sobie jeżli nie poczucie, to choćby kilku podstawowych zasad angielskiego humoru. Jestem przekonany, że w twoim zawodzie okaże się to cenne!
Scena rozgrywałą się w Klubie Lotników, gdzie podają wysmienite białe porto. W rezultacie uległem namowom. Przyjaciel poszedł zadzwonić do profesora, niejakiego doktora Springfielda. Po powrocie rozpromieniony oznajmił mi dobrą nowinę:
- Masz szczęście, jakis ważniak z Komisji Europejskiej wystawił go do wiatru. Jest do twojej dyspozycji.
Dobra. Udaję się pod wskazany adres. Wdrapuję się na czwarte piętro i co widzę? Facet na klatce schodowej właśnie podsłuchuje pod drzwiami doktora Springfielda. “No tak, to z pewnością jakiś biedaczyna, który próbuje bezpłatnie korzystać z czyjeś lekcji.” Chrząknąłem, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nieznajomy nie zareagował. Zniecierpliwiony klepnąłem go w ramię.
Wyprostował się, swobodny i wyluzowany:
- Dzień dobry. Jestem doktor Springfield.
- Czy mogę pana zapytać doktorze Springfield, dlaczego podsłuchiwał pan pod swoimi własnymi drzwiami?
Kąciki ust rozjechały mu się w tajemniczym uśmiechu.
Bez słowa, z ucha, które przed chwilą przykładał do drzwi, wyciągnął ostrożnie coś w kształcie jasnozielonego stożka i podał mi.
- Co to takiego? - spytałem, nic nie rozumiejąc.
- Głowiasta biała. Nie podsłuchiwałem pod drzwiami, naiwny młody człowieku. Słuchałem tego kapuścianego głąba!

Dałem sobie spokój z angielskim poczuciem humoru.

- Roland Topor, “Dziennik Paniczny”. Wydawnictwo L&L 2000. Przekład: Ewa Kuczkowska.

* * *

Komentarze » (2) »

  1. Ciężko będzie coś sensownego odpowiedzieć. Ciężko, gdyż w tym tekście zamiast zjeżdżać Pythonów [:P], próbujesz porównać dwa rodzaje humoru - Pythonów i Topora. Kłopot w tym, że ja Rolanda Topora nie znam. Nie bijcie mnie, i nie katujcie, ale nie znam jego (wybaczcie grę słów) topornej twórczości. Drugim, nawet większym, problemem jest to, czy w ogóle jest sens porównywać tak różne rzeczy. Program telewizyjny i książka, czy opowiadania, robi się w zupełnie inny sposób, i w zupełnie inny sposób się je odbiera. Oczywiście pewne książki określane są jako “jakiś tam Monty Python” (o Pratchettcie czasem tak mówią), ale jednak.

    “W każdym razie, Pythoni nie śmieszą mnie i nie potrafię tego wytłumaczyć.”
    ——————–
    I spoko. (I tu by się mogła moja wypowiedź skończyć ;).)

    “Zacznijmy od kultowości słynnej brytyjskiej grupy. Gdzie ona tkwi? Sądze, że w popularności stacji BBC, która skutecznie rozpowszechniła ową grupę na Wyspach a w końcu i na świecie. ”
    ——————–
    Nie, nie, nie. Gdyby to BBC mogło sterować popularnością swoich programów, to nadal promowaliby swoje programy na Wyspie, a potem cały świat. Tak jak piszesz MP był w swojej absurdalności i nierealności pierwszy, i dlatego udało im się zrobić takie wrażenie.

    “Do tego zapytałem się jednego z miłośników brytyjczyków o Pythona i dowiedziałem się, że to nie do końca angielski humor. Czy jakiś fan może mi wyjasnić (np. w komantarzach) do jakiego kanonu owa grupa się zalicza? ”
    ——————–
    Co za oszust to zrobił? ;>
    Angielski humor? Francuski humor? Polski humor? Bez sensu. Pierwsze primo - po jaką cholerę dzielić humor, programy telewizyjne, książki, teksty, skecze, piosenki i inne twory rozśmieszające, na regiony? Po co to komu? Drugie primo - jak to zrobić? Jeśli absurd miałby być charakterystyczny dla humoru angielskiego (choć IMO nie jest), to skąd wzięły by się takie rzeczy jak polskie Mumio, czy francuskie komedie Alain Chabata (mowa o “Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”, oraz “RRRrrrr!!!”)?
    Ale może są tu jacyś humorolodzy, bo ciekaw jestem odpowiedzi. ;)

    “…tylko mi nie sypcie, ze to wyjątek na skalę światową i dlatego powinno mu się nadać osobną kategorię…”
    ——————–
    A jednak, ja bym tak sypnął. Bo MP jest niezwykły. Pozatem był pierwszy, a nie wielu po tej udało się stworzyć cośkolwiek podobnego.

    Cóż.. Jak widać niezbyt odpowiedziałem na zadane tu pytania. Z sondą też mam problem. Bo napisać “Po prostu śmieszny” to o MP za mało, ale wśród najśmieszniejszych rzeczy świata znalazłbym jeszcze kilka (naście?) tworów z Polski i ze świata. Tutaj jednakowoż zagłosowałem na tą najlepszą z możliwych odpowiedzi.

    Komentarz napisany przez: Burzol — październik 1, 2006 o 6:58 po południu

  2. “A teraz coś zupełnie odmiennego - człowiek z trzema pośladkami!”

    Nie wiem czemu tak bardzo śmieszy mnie humor Pythonowski. Może to wina tego, że bardzo lubie zabawy językiem[szczególnie angielskim], humor sytuacyjny i abstrakcyjny. Po prostu śmieszy mnie.
    No, bo nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji.

    Komentarz napisany przez: Tremayne — październik 4, 2006 o 11:37 po południu

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URI

Shout It Out Loud!








"Nie rozmawiaj ze mną na temat pisania, ty nie potrafiłbyś napisać "kurwa" na zakurzonych żaluzjach."
Coral Browne
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress