Beat Cinema, dzień 1
Wczoraj pełny nadziei na naprawdę dobry wieczór pognałem jak szalony do Starego Browaru na Beat Cinema.
Zaczęło się średnio. Pokaz odbyć miał się w studiu “Słodownia +3″. I bądź tu człowieku mądry. Wyszedłem na dziedziniec i trochę pobłądziłem. Jakiś facet palił papierosa oparty o pianino i po jego czerwonej kurtce stwierdziłem, że chyba tu pracuje. Pomyliłem się… W końcu znalazłem. Jak to często bywa, Słodownia znajdowała się w miejscu, w którego szukałem na samym końcu. Ale zdążyłem!
Na stoliczku, przy bileterze były eleganckie programy, mówiące co nas czeka. Trochę się przestraszyłem, bo razem ze mną w pokoju stały może z cztery osoby. Program może nie raził jakimś bogactwem wykonania, ale miło że w ogóle był. Wszedłem, jedno piętro, drugie, trzecie, jest. Ekran zawieszony pod sufitem, drewniana trybuna i plastikowe krzesełka. W sumie to czego wymagać więcej. Miękkich foteli? Mieli opóźnienie, ale na szczęście w krótkim czasie z czterech osób zrobiło się ich więcej. Nie było jak policzyć, a to już coś. Zapełnili prawie wszystkie miejsca. Ku mojemu zdziwieniu na przegląd nie przyszedł żaden geek z np. koszulką z wizerunkiem pisarza albo innym gadżetem. Czyli nie jest z tymi ludźmi jeszcze tak źle.
Program zaczęto ostro, filmem pod tytułem Towers open fire. Pan zapowiadający powiedział, że Pull my Daisy, na które szczególnie czekałem zostanie przesunięte na dzień drugi, czyli 31 maja (dzisiaj). Po Towers… puścili następny film pt. Divinations. Ten moim zdaniem był gorszy. Trzecim był film Love, Love, Love, pokazujący przemówienia w londyńskim Hyde Parku. W tle leciała muzyka The Beatles. Elary Abstractions 1-5, 7 nadeszło po chwili. Na tym etapie wymiękało najwięcej osób. Było to bowiem sześć animacji puszczonych do muzyki (znowu) The Beatles. Zaczęło mnie to nudzić, ludzie po prostu wychodzili (na szczęście nie wielu). Na końcu zaczęto puszczać filmy pana Christophera Maclaine’a. Niestety, odjechał by mi ostatni tramwaj gdybym na tym został (obejrzałem z cztery jego filmy, może pięć).
Bardzo podobało mi się to, że filmy nie były ściągnięte z Internetu i puszczone na laptopie. Panowie organizatorzy wykombinowali te filmy na normalnych taśmach i co film tą taśmę zmieniali. Duży plus! Niestety, głos czasami był średnio wyraźny. Dodatkowo brak polskich napisów sprawił, że pewne fragmenty były zwyczajnie niezrozumiałe.
Nie będę tego ukrywał - strasznie się wynudziłem. Wyobraźcie sobie, ja, z moim fanatycznym prawie usposobieniem do Beat Generation się nudziłem! Ale co zrobisz, widać, że literatura tego pokolenia strasznie różni się od kinematografii. Nie wiedziałem czego się spodziewać i stąd takie delikatnie niemiłe zaskoczenie. Wierzę, że dzisiaj będzie lepiej. Program zapowiada się ciekawiej. Za jakieś pół godzinki będę się ubierał i wychodził. Jeżeli i dzisiaj nie wypali (chociaż to chyba złe słowo) to po prostu się załamię. Ale póki co jestem dobrej myśli…