TheElder.net - Domator

wtorek 23 września 2008 , 6:53 po południu

Pijany jak Polak

Autor: Domator

Widziałem dużo brawury w życiu. Nie na wojnie, w getcie czy wyścigach samochodowych. Cała brawura spływała na mnie, gdy oglądałem pijanych ludzi.
We Francji jest takie powiedzenie: Pijany jak Polak. Oznacza ono kogoś, kto po spożyciu dużej ilości alkoholu, wciąż zachowuje trzeźwe myślenie i w pełni sprawne ciało. Chodzi tutaj oczywiście o kogoś z mocną głową. Bo chyba nikt z nas nie zna osoby, która gdy się upija, to właśnie w taki sposób. Czasami, sporadycznie oznacza to kogoś, kto pod wpływem alkoholu staje się odważny i pełen właśnie brawury.
To śmieszne, bo nawet jeżeli jest to określenie krzywdzące dla polaków (z czym akurat się nie zgadzam), to jest szalenie prawdziwe.
Z tego co zdążyłem zaobserwować, w dzisiejszych czasach polak odważny, zazwyczaj jest pijany. Mam tutaj na myśli głównie tak zwane incydenty miastowe, gdzie dwóch pijaków zaczyna się młócić po ryjach, bo ktoś krzywo spojrzał albo odpyskował na zaczepkę.
Całkiem niedawno dwóch moich znajomych oberwało po baniaku, bo jeden wysiadł z autobusu żeby kogoś zdzielić. Drugi w tym czasie butelką piwa zablokował drzwi żeby autobus nie uciekł. Na prośbę o odblokowanie drzwi padło tylko coś w stylu “nie i chuj!”. Wynik? Kop na ryj i udo po opuszczeniu autobusu oraz siedem szwów dla jego towarzysza, który był tymczasowo poza pojazdem.
Inny przykład do słynne “solówki”. Ktoś kogoś zdenerwuje i obaj gotowi są wyjść na zewnątrz i zacząć się bić. Wiem, bo sam już kilka razy w ramach obrony honoru wyzywałem ludzi do walki. Autentycznie, podwijałem rękawy od koszuli i gotów byłem dostać po ryju za jakieś pijackie fanaberie. Teraz tak myślę. Bo wtedy te fanaberie były najważniejszymi sprawami na świecie. W towarzystwie ludzi wokół których się obracam mamy na celowniku parę osób. I zawsze gdy ktoś o nich wspomni, a ktoś inny jest już wstawiony można usłyszeć, że zmiótł by go w kilka sekund. Jesteśmy największymi zabijakami, ale kiedy te osoby czasami przyjdą rzucamy tylko tekstami o nich, gdy ci odejdą. Nie ma pojęcia dlaczego. Może po prostu nasze siły nie są zsynchronizowane z ich wizytami?
Pijani jak Polacy wchodzą na drzewa, zrywają ze swoimi kobietami, obrażają wszystko i wszystkich, nie ma dla nich świętości - a kiedy już jakieś się pojawią, to są wyolbrzymione do potęgi i broń boże żeby czasami je ktoś poszargał.
Umówmy się: nasza brawura, pod wpływem alkoholu, nie zna granic. I chyba za to lubię być czasami pijany. Bo staję się bohaterem, nie widzę żadnych przeszkód, problemy wydają się tak małe, że prawie nie widoczne.
Ciekawe, czy gdyby armie świata były, co do piechura, schlane to czy nie szli by w bój pewniej. Chociaż podobno pijaka nie da się zabić…
Słyszałem i czasami byłem świadkiem takich sytuacji. Najbardziej bodaj znana wśród moich znajomych to ta, jak pijana nastolatka myli okno z drzwiami i wylatuje na dwór. Problem w tym, że spośród wielu okien będących nieco ponad trawnikiem, ona wybrała to, które ma pod sobą betonowe schody. Powinna nie żyć, powinna jeździć na wózku, powinno ją sparaliżować na mowę. Ona, na całe szczęście, obudziła się w łóżku z kurewskim bólem głowy. Pękła jej czaszka. Dzisiaj podobno i dziewczyna i jej czerep są zdrowe, w pełni sprawni. Czuć nieśmiertelność z każdym krokiem, wystarczy się upić. Bo nie od dzisiaj wiadomo, że jeżeli wmówimy sobie coś bardzo dobrze, to tak się właśnie stanie!
Powiem wam coś, tak na sam koniec. Nie jeden przez to nasze polskie upijanie się, pełne brawury, faktycznie straci życie i zdrowie. Albo doszczętnie te oba spierdoli. Ale jest wśród nas jakiś odsetek, który dzięki odwadze napędzanej wódką pozna swoją przyszłą żonę i może nawet pocznie z nią od razu swoje przyszłe potomstwo. Albo uratuje komuś życie, pozna kogoś wpływowego, spłodzi dzieło życia, jego czyny zapamiętają miliony. I to chyba najbardziej zadziwiająca właściwość alkoholu, jaką poznają tylko nieliczni. Szczęśliwym wybrańcom chylę czoła już teraz i zabieram się do otwarcia kolejnego piwa.

* * *

sobota 6 września 2008 , 5:44 po południu

Być jak Piotruś Pan…

Autor: Domator

No i stało się, z dniem pierwszym września zostałem oficjalnie “tegorocznym maturzystą”. Gratulacje! - odezwie się chórek życzliwych osób. Lecz czy jest czego gratulować?
Matura od dawien dawna przedstawiana jest mi przez każdego, jako coś szalenie ważnego, trudnego i czasochłonnego. Jako coś, co przypomina walkę. Nie można do niej podejść nie będąc przygotowanym. Przepraszam, czy moja szkoła nie przygotowuje mnie na nią od pierwszej klasy, a system edukacji w ogóle od początku podstawówki? - Pytam naiwnie.
A tu się okazuje, że szkoła może mnie co najwyżej kopnąć w dupę, gdy nie będę za bardzo ogarniał swojej wiedzy. Jeżeli nie spędzisz miesięcy z książką w ręku siedząc we własnym domu, to kariera w McDonaldzie, publicznych szaletach albo jako szukającego debilom książek w Empiku stoi otworem!
I zastanawiam się, jaki to ma sens. Dlaczego w szkole nie wbija mi się czystej wiedzy, ale także sposoby na jej przelanie, żeby podobało się oceniającym? Dowiaduję się jak profesjonalnie lać wodę, pieprzyć bzdury i rozciągać zdania by miały jak najwięcej słów. Poglądy piszącego nie są ważne. Ważne jest to, czy piszący trzyma się zasad stworzonych nie dla jego dobra, lecz dla dobra oceniających. Przecież łatwiej jest ocenić setną pracę, gdy ma się wypisane jak krowa na rowie za co przyznawać punkty.

Doznaję właśnie szoku, bo to mój pierwszy kontakt z czymś w miarę dojrzałym i odpowiedzialnym. Gdy stałem się pełnoletnim i pełnoprawnym obywatelem, to jakoś mnie to nie ruszyło. Na cholerę 18-stka takim jak ja? Żeby móc kupić sobie piwo, papierosy i wejść do jakiegoś klubu. Mój dowód osobisty czeka na odebranie od 28 sierpnia. Wszyscy w koło pozdawali egzaminy, mają prawo jazdy, wożą się autami. No, prawie wszyscy. A mnie w ogóle do tego nie ciągnie. Nie tylko panicznie boję się wypadku, ale też wsiadania do samochodu “pod wpływem” (to się chyba wiąże) albo tracenia fortuny na benzynę. I tak oto, jako jeden z niewielu otwarcie mówię, że w dupie mam prawo jazdy. Bo to tylko słowa, rzeczywistość jest inna.
Fakt jest taki, że ja się dorosłości po prostu boję. Przypomina mi się świetna piosenka Toma Waitsa. Jej tytuł to “I don’t wanna grow up“, scoverowali ją później Ramones. Opowiada ona o tym, jakie lęki w dorosłości widzi dziecko, tudzież młody człowiek. A przecież to zajebiste być smarkiem, szczonkiem, gówniarzem, młodzieżówką. Pamiętacie “I’m Eighteen” Alice’a Coopera?
Dlatego tak dobija mnie matura. Pokazuje mi wprost, że coś się kończy i coś się zaczyna. Zaczyna się ten etap życia, gdzie z dnia na dzień nie będzie lżej, tylko ciężej. Może nie zaraz, od jutra, czy dzień po egzaminach. Ale jednak, nadchodzi nieubłaganie i jest bliżej niż kiedykolwiek. I może to nie oznacza końca życia, a wręcz przeciwnie, początek nowego długiego etapu, ale ja czuję, że wcale nie jestem na to gotowy.
“Masz jeszcze mnóstwo czasu” - mówią wszyscy. A chciałbym, żeby było go jeszcze więcej.

* * *







"Daj młodemu człowiekowi mapę do Nieba, a odda Ci ją jutro... poprawioną."
Fiodor Dostojewski
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress