TheElder.net - Domator

środa 18 czerwca 2008 , 6:50 po południu

KISS!

Autor: Domator

Musze wam coś powiedzieć: uwielbiam KISS. To nie koniecznie będzie niespodzianką dla niektórych z was.
U mnie wszystko zaczęło się jakieś trzy albo cztery lata temu. Mój chrzestny zaczął kupować jakieś DVD muzyczne, z koncertami, teledyskami, wywiadami. Myśmy akurat kupili piękne DVD i chcieliśmy posprawdzać te wszystkie Dolby Surroundy i DTS-y. Tak się stało, że wśród tych płyt znalazło się DVD KISS, pięknie zatytułowane “Kiss my ass”. Postanowiłem spróbować, zachęcony negatywna oceną właściciela. Też mi się nie spodobało, przynajmniej na początku, a to dlatego, że zaczynało się czarno-białym koncertem z San Francisco z roku 1975. Gdy jednak pokazało się video z Detroit 1992, gdzie grali bez masek, piosenka Love Gun skutecznie podbiła moje serce. A potem już wszystkie pobiły moje serce. I zaczęło się odkrywanie, bo wszystko było skryte wspaniałą tajemnicą. Dlaczego tu w maskach? Dlaczego tam bez? Dlaczego raz z takim gitarzystą, raz z innym. Dzisiaj mam to z bani, orientuję się.

Dla zespołu zaczęło się wszystko na początku lat siedemdziesiątych, gdy zaczynali jako Wicked Lester. W roku 1973 zaczynali jako KISS. Nie od początku szło gładko, ale oto świętujemy ich 35-lecie, w pełni glorii i chwały. Sprzedali 100 milionów płyt na świecie, ich logo warte jest ponad miliard dolarów, ich makijaże to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli dekady disco, gwiezdnych wojen i właśnie muzyki rockowej. To oni nagrali nieśmiertelny hit I Was Made For Lovin’ You, który jest najczęściej coverowaną piosenka w historii Rock And Rolla. Jak każdy gigant, mieli swoje wzloty i upadki, płyty ciężkie i śmiesznie lekkie. Płyty dziwne i przewidywalne. Płyty wielkie i trochę mniejsze.
Ale umówmy się, że po 35 latach na scenie są muzycznym trupem. Od 10 lat nie byli w studiu, nie wypuścili żadnego albumu. CO jakiś czas rzucają krążki koncertowe i jakieś DVD. Żyją z koncertów, odcinają od siebie kupony. Odtwarzają swój spektakl z najlepszych lat, tak jak teraz robi to np. Iron Maiden. Kwestia każdego z osobna, czy kupuje ten “wehikuł czasu”, czy woli nie oglądać zespołu na takim etapie, kiedy właściwie jest firmą a nie zwykłym zespołem muzycznym. Co ja mówię, KISS nigdy nie był zwykłym zespołem muzycznym.
Ja oczywiście w to wchodzę.
Bo zaczęły się jakieś pogłoski, że przyjadą w europie. Cóż, każdy się napalił, bo nie było ich na starym kontynencie jakieś 8-9 lat. Kiedy się potwierdziło, byłem w niebie.
Zdecydowałem się na koncerty w Pradze i Berlinie. I zdecydował bym się jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Nawet gdybym miał oddać nerkę, żeby mieć na bilet.
Pominę wszystkie opisy związane z dojazdami, z rozmowami, ze spotykaniem fanów, z gadżetami i emocjami przed. Bo chociaż to wszystko było wspaniałe, to nie nudzi tylko osób bezpośrednio z tym związanych.

Pragnę też dodać, że poniższe opisy mogą być chaotyczne i doszczętnie subiektywne. Chaotyczne, bo trudno uporządkować sobie tak wielkie emocje (chociaż ten tekst jest poniekąd taką próbą, by to zrobić) a subiektywne, bo trudno zachować mi chociaż cień obiektywizmu przy tak ważnym dla mnie wydarzeniu. To tyle, tak na ostrzeżenie.

Praga - 06.06.2008

Miałem miejsca siedzące, z tego względu, że kiedy zamawiałem bilety ze sklepu to powiedzieli mi, że na Berlin stojące jeszcze mają ale do Pragi na razie nie ma. Ja w pełni gorączki wziąłem siedzące a później stojących pojawiło się bardzo dużo. No ale trudno, pomyślałem, wyszaleję się w Berlinie a w Pradze pooglądam i porównam z DVD, które mam w domu.
Kupiłem sobie koszulki, tourbooka i usiadłem z piwkiem na siedzonku. Powiedziałem sobie, że tylko jedno piwo bo jak mnie w środku dwu godzinnego koncertu nadusi pęcherz to chyba mi uszami poleci, bo za nic nie opuszczę nawet sekundy!
Wpierw zagrał słaby support. Prawdę mówiąc był fatalny, trudno było o gorszy (A jednak! W Berlinie zagrała jeszcze większa kupa!). Zwinęli ich skromny sprzęt w kilkanaście minut, spuścili ogromną czarną kurtynę ze srebrnym logiem zespołu i puścili z głośników Won’t Get Fooled Again zespołu The Who. KISS wziął parę rzeczy od The Who, głównie Stanley, ich frontman. Kręci podobnie jak Pete Townshed “młynki” ręką, gdy gra na gitarze. A gdy wychodzi z samym mikrofonem na konferansjerkę z publicznością, to podrzuca mikrofon i zawija go sobie wokół szyi, dokładnie jak Roger Daltrey.
Kiedy utwór się kończył, ostatnie partie perkusji były już grane przez Erica Singera, bębniarza KISS który siedział na swoim miejscu. I wtedy po ciemnej sali zaczęły przesuwać się snopy światła i po chwili napięcia rozległ się krzyk “ALL RIGHT PRAGUE, YOU WANTED THE BEST, YOU GOT THE BEST! THE HOTTEST BAND IN THE WORLD - KISS!”.
Gitary zaczęły grać Deuce, następnie wielki huk, mnóstwo świateł i kurtyna leci w dół. Widać scenę w całej okazałości, a zespół zjeżdża w dół na wielkiej metalowej płycie. Rozbiegają się po scenie, Gene Simmons krzyczy do mikrofonu “PRAHA!” i zaczyna się na dobre. Już nie ma odwrotu. KISS wszedł na scenę i nie zamierza brać jeńców.
To było dla mnie za silne. Można oglądać każdy ich koncert po sto razy, w najlepszych jakościach. Można rozpracować ich show, wiedzieć kiedy co zagrają, kiedy co wybuchnie. Ale i tak każda następna wybuch jest zaskoczeniem, głośność muzyki jest nieporównywalne i co najważniejsze - nie oddziela cię od zespołu szyba, ten cholerny ekran.
Kiedy doszło do mnie - a doszło bardzo szybko - że to TEN KISS i że to CI muzycy, TEN Paul Stanley, TEN Gene Simmons i że właśnie jestem tam, gdzie chciałem być od długiego czasu to po prostu się ze szczęścia popłakałem. Miałem na twarzy ogromny uśmiech, a po policzkach leciały mi łzy. I tak do końca drugiej piosenki, czyli do Strutter.
Bardzo ucieszyło mnie to, że zespół jest w dobrej formie, która na szczęście do czasu “moich” koncertów im wróciła. Niestety, słyszałem że wcześniej mieli problemy ze zdrowiem a słuchając ich poprzednich koncertów z trasy myślałem, że wypadną podobnie. Czyli nie za dobrze. Ale grunt, że trafiłem na tendencję zwyżkową.
Kolejny plus to to, że grali prawie całą płytę Alive!, która jest moim totalnym numerem jeden. Prawie, bo wycięli trzy kawałki chyba po to, żeby każdy koncert mógł zmieścić się na dwa CD. I tu uwaga, po koncercie (jakieś 10 minut) sprzedawali oficjalnego bootlega na którym nagrany było show, z którego właśnie się wychodziło. Obłęd, technika poszła do przodu i dzięki temu chwile po można nabyć zajebistą pamiątkę.
Koncert obfitował we wszystko, z czego znam KISS. Zespół, gdy daje koncert, czuje się jak ryba w wodzie. Ich zachowanie sceniczne jest na najwyższym poziomie, bo to właśnie koncerty rozsławiły ich na cały świat.
W środku utworu 100,000 Years perkusista mógł popisać się własnym solo. Alive! wyszło w roku 1975 i w zespole był wtedy Peter Criss, a nie Eric Singer. Jego umiejętności były znacznie bardziej ograniczone niż obecnego pałkera. Singer umiejętnie połączył swoje umiejętności z tradycją i w jego solo dało się słyszeć fragmenty sola Crissowego. Tommy Thayer, który zastąpił Ace’a Frehleya niestety już się tak nie popisał. Jego solo było piękną zrzynką z solówek Ace’a. Ale nie samą muzyką KISS żyje, podczas pierwszej solówki perkusja uniosła się nad ziemią, a podczas drugiej Thayer strzelał z gitary sztucznymi ogniami.
Nie popisała się czeska publiczność, którą podczas koncertu kilkukrotnie upominano za to, że jest za cicho albo że siedzi na tyłkach. I słusznie. Ludzie zachowywali się jak w kościele.
Tuż przed wspomniana solówka na perkusji ktoś rzucił na scenę polską flagę. KISS i Polska to temat dość drażliwy, bo po odwołanym warszawskim koncercie w roku 1997 zespół powiedział, że już nigdy w niczym Polski pod uwagę nie bierze.
Flaga została podniesiona przed Paula Stanleya, ten się w nią owinął i grał aż do czasu, gdy popisać miał się sam bębniarz. To bardzo miły akcent, nie ma co wnikać czy wiedział, w co się owija. Być może pomyliło mu się z flagą Czech?
Nie zabrakło żelaznych punktów programu. Gene Simmons pluł krwią i poleciał w powietrze by zaśpiewać I Love It Loud. Paul Stanley przejechał nad publicznością by na małej scence w środku płyty odśpiewać Love Gun. Gdy wracał, udawał że traci równowagę i spada w publiczność.
No i, rzecz jasna, Rock And Roll All Nite z deszczem konfetti. To było wielkie uczucie, gdy cała ta papierowa chmura leciała w ludzi i w ciebie samego. Stanley pocałował gitarę i w pięknym stylu rozpieprzył ja o deski sceny.
To właśnie Rock And Roll All Nite zakończył granie materiału z Alive!, gdy wyszli na bisy to tylko po to, by zaprezentować resztę swoich hitów. W tym i kilka opisanych już powyżej.
Set list był idealny, a gdyby zamiast I Love It Loud pojawił się bardziej klasyczny God Of Thunder to już w ogóle byłby obłęd.
Po obłędnym Detroit Rock City zespół nie wrócił już na scenę. Na tablicy wyświetliło się tylko wielkie “KISS Thanks You”. Czyli to już koniec.
Po koncercie byłem zmęczony, ale bardziej wymęczyła mnie droga niż sam występ. Poszukałem jeszcze straganu na którym sprzedawali nagrany występ, odebrałem płytę i z resztą gadżetów poszedłem na upragnionego papieroska w okolice naszego autokaru. Dopiero trzy dni później, w Berlinie, miałem przekonać się czym jest KISSowe zmęczenie. Siedziałem jak na szpilkach, pierwszy raz w życiu odliczałem dni do poniedziałku - znienawidzonego (co chyba oczywiste) przeze mnie dnia.

Berlin - 09.06.2008

Wszystko układało się idealnie, do czasu, gdy firma oferująca transport z Poznania do Berlina dała dupy. Zabawię się tu w małą antyreklamę. Jeżeli chcecie jechać na koncert “na styk” myśląc całą drogę czy zdążycie w ogóle na rozpoczęcie. Jeżeli chcecie zapomnieć o dobrych miejscach albo o zwiedzaniu miasta przed koncertem to skorzystajcie z usług firmy KLOP BILETY. To tyle. Pod halę zajechaliśmy o godzinie 19, wpuszczano do obiektu o 18:30. Tym razem miałem bilet na płytę i zależało mi na dobrych miejscach.
Pośpiesznie weszliśmy na płytę i okazało się, że od barierek dzieli nas 15 osób. Na scenę wyszedł support. Pamiętacie co mówiłem o supporcie z Pragi? Zapomnijcie. Berliński support przebił w swojej gównowatości wszystko o lata świetlne. Niech zdycha zespół From First To Last, że tak powiem.
Ale na szczęście nie tylko to, co dobre kończy się szybko. Chłopaki (chociaż jest to ryzykownym słowem patrząc na nich) zagrali z 30-40 minut i po chwili znowu wisiała przed nami kurtyna a z głośników leciało The Who. Już na starcie zacząłem śpiewać z osobami stojącymi obok mnie. Myślałem, że to Czesi lepiej się będą bawić. A tu proszę, “Helmuty” pobiły ich na głowę. Kiedy wszystko stało się tak jak w Pradze, czyli spadła kurtyna i zespół zjeżdżał w dół zrobił się delikatny gnój, bo każdy co stał z tyłu chciał być z przodu. Z pomocą kilku łokci skorzystałem z zamieszania i mój dystans zdecydowanie się skrócił. Oto byłem drugi od barierek. Fakt, że widzę swoich idoli, bogów, gwiazdy, świętych na cztery metry przed sobą sprawił, że cały koncert czułem się lepiej niż po flaszce wódy.
Jeżeli chodzi o utwory, to koncert przebiegał identycznie. Różnica polegała na tym, że w Berlinie zespół - co było widać - czuł się znacznie lepiej niż w niemrawej Pradze. Stanley wokalnie dawał z siebie więcej, rzucali kostkami (niestety do samych panienek), pozowali do reporterskich aparatów, których było bardzo dużo.
Nie złapałem kostki. Złapałem za to ból przepony, nogi na 3 cm wbite w dupę i trochę wyruchane kolana. Nie potrafię śpiewać. Nie mam ani głosu, ani techniki. Mogę więc powiedzieć, że ja tylko drę ryja. W Berlinie darłem go na każdym numerze, przepona napieprzała mnie trzy dni po koncercie.
W porównaniu jeszcze do Pragi, w Berlinie zaprezentowali znacznie lepsza pirotechnikę. Wielkie słupy ognia robiły wrażenie, czuło się ciepło stojąc w okolicach barierek. Co muszą czuć muzycy? Na tej scenie musi być z 60 stopni! Na koniec podkręcili tak, że gdy zakończyli Detroit Rock City, to iskry sypiące się z sufitu spaliły im mikrofon.
Znowu jacyś polscy desperaci rzucili flagę na scenę. Niestety, Stanley jej nie złapał. Spadła na ziemię i zaskakująca szybko z niej znikła… Trudno się dziwić, to Niemcy, w dodatku dzień bo naszej porażce z nimi na Euro. Który normalny Niemiec przyjął by to aplauzem?
Po koncercie wypiłem prawdziwe niemieckie szczyny zwane piwem. Po wypiciu zorientowałem się, że za kufelek wypity w mgnieniu oka zapłaciłem 3,5 euro. Pojemność 0,4. Dla mnie cena nie współmierna do jakości, a Niemcy sobie to pili jak smoki.
Gadżety w Niemczech sprzedawano z ocenzurowanym logiem. Biedni Niemcy, słuchają zespołu KIZZ (po cenzurze) od 30 lat.
Na płytach też było ocenzurowane logo, niestety z takim trzeba było kupić. Przynajmniej odróznia się na półce od praskiego koncertu na pierwszy rzut oka.
Na obydwóch koncertach Paul powiedział, że przyjedzie zobaczyć Europę za rok. Czy tylko na urlop, czy z całą kapelą - to się dopiero okaże. Jeżeli wjadą znowu w okolice Polski to zobaczymy się tam na sto procent. To show, ci ludzie i ich muzyka są dla mnie warci każdych pieniędzy.

W podsumowaniu powiem tak: To był mój najważniejszy i najlepszy weekend w życiu. Cały czas jestem pod wrażeniem, nie dociera do mnie że spełniłem swoje marzenie. Każdemu życzę tego, co przeżyłem. Nie świetnego koncertu, ale spełnienia marzeń właśnie. Bo myślę, że to co czułem przez pewne dwie czerwcowe noce, to było dokładnie to.

Oto pełna setlista, taka sama na obydwa występy:

Deuce (kurtyna spada, zespół zjeżdża w dół)
Strutter
Got To Choose
Hotter than hell (Gene bucha ogniem)
Nothin’ To Lose
C’mon And Love Me
Parasite
She (solo Tommy’ego Thayera)
100,000 Years (solo Erica Singera)
Let me go, Rock & Roll
Black Diamond
Rock And Roll All Nite (konfetti, rozpieprzenie gitary)

Shout It Out Loud
Cold Gin
Lick It Up
I Love it Loud (poprzedzono solówką Gene’a Simmonsa i pluciem krwią)
I Was Made For Lovin’ You
Love Gun (Paul “przelatuje” nad publicznością)
Detroit Rock City

* * *

niedziela 1 czerwca 2008 , 3:52 po południu

“Well, the night does funny things inside a man” (Miasto nocą #1)

Autor: Domator

Pisane 22 maja 2008 roku

Noc spędzona w mieście naprawdę jest źródłem wielu dziwnych sytuacji. Bo tacy są ludzie: pijani, rozwścieczeni, zadowoleni, zdołowani, szukający swojego miejsca w grupie.
Nienawidzę centrum a jednocześnie kocham je za to samo, jest ono miejscem do zaspokajania najprostszych potrzeb, jakie ma człowiek wolny od obowiązków. Upić się, naćpać, być łatwym, wytańczonym…
Wczoraj byłem na urodzinach moich znajomych w małym klubie na poznańskim starym rynku. Podczas imprezy nie chcąc płacić 7 zł za piwo chodziłem z kolegą do spożywczego, kupowałem piwko lub dwa i wypijałem je w bramie, albo na wzgórzu Przemysła. Coś co w dzień jest jednym z bardziej znanych poznańskich punktów nocą zamienił się w punkt chlania, szczania pod zabytkowy mur i głośnych śmiechów, które ustawały tylko wtedy, gdy na horyzoncie pojawiała się policyjna suka.
Wróciliśmy jeszcze na chwilę do klubu aż w końcu wyszliśmy na dobre, by pójść to innego miejsca. Nie chcę nikomu robić anty-reklamy, nie będę rzucał nazwami klubu. Kto zorientowany domyśli się natychmiast.
Zatrzymaliśmy się przy dziwnych metalowych drzwiach, by spytać przez telefon o drogę osoby, która była już w środku. Wyszło na to, że budynek z odpadającym tynkiem, wspomnianymi drzwiami uwalonymi farbą w sprayu, brak neonu czy znaku z nazwa knajpy i mała grupką ludzi przed to miejsce, do którego zmierzaliśmy. Nie mogłem w to uwierzyć, a w środku było jeszcze gorzej.
Rozumiem, czy też staram się zrozumieć, tą tak zwaną alternatywę. Bo tacy byli w środku ludzie, taka była muzyka, takie były nawet ściany, stoły i lampy. Tapeta - głęboki PRL, tak jak lampy. Piwo w plastikach, stoły, których blaty na cherlawych nóżkach prawie poddały się już grawitacji. Za to kanapy eleganckie. Na parkiecie, przy kurewsko głośnej muzyce, tańcuje młodzież. Ubrana w różne krzykliwe barwy, stare ortaliony, no po prostu - nie przeciętnie. Nie odbierzcie tego źle, nie chcę tutaj krytykować ludzi dlatego, że ubierają się inaczej ode mnie, słuchają innej muzyki czy zwyczajnie czują inne klimaty. Ja, mimo że jestem ich rówieśnikiem, nie mogłem się odnaleźć. Wszyscy mieli tak spokojne miny, jakby to co się dzieje, było normalne, przeciętne, nie wybijające się. Rozmawiali tak, jakby muzyka wcale nie grała. Ja nie słyszałem co mówią osoby siedzące obok mnie A mi klub kojarzył sie tylko z tym, że ludzie uciekają z dobrych domów by poczuć klimat meliny i napić się piwa z plastikowego kubka. Myślę, że gdyby ściszyć muzykę to było by lepiej, bo ja lubię meliny, tylko bardziej klasyczne. Wole uciekać ze swojego dobrego domu w coś mniej nowoczesnego, równie rozwalonego i cichszego. Rzecz gustu. Albo znowu się czepiam.
Z tego wspaniałego przybytku wyrwał mnie telefon innego kolegi. Oto nadarzyła się idealna okazja by zniknąć po angielsku.
Gdy go spotkałem wróciliśmy na chwile do tego pierwszego, urodzinowego, klubu by wrócić wreszcie do domu. Dołączyła do nas koleżanka. Naszła ją ochota na piwo więc skręciliśmy do całodobowego “Jeżyka”.
To co zobaczyłem pod sklepem, było tak nierealne, że do dziś wydaje mi się to absurdalne. Mniej więcej czwórka kolesi w czapeczkach z daszkiem albo żelem na głowach kopało pod sklepem jakiegoś samotnego podróżnika. Sprzedawali mu kopy, w głowę, pod ramieniem, w rękę, prawie wszędzie. I nie trzymali go, kazali mu uciekać. Gościu wyglądał na, jak to mówią, “bruda”. Padło tam bardzo pamiętne dla mnie hasło: “Nie ważne jak wyglądasz, ważne jak się napierdalasz, łochu”.
W końcu mój kolega do niego podszedł, powiedział po angielsku, a ten jak gdyby nigdy nic odszedł. Nie mogę tego pojąć.
Wiele ulic później, kiedy już sie najedliśmy w przyulicznym kebab-barze i szliśmy na autobus z bułami w ręce, zobaczyliśmy jakąś większą ekipę przed nami i jednego kolesia, ze strasznie upaćkaną od jedzenia mordą, jak za nimi biegnie. Wpierw wyrzucił prawie cały kebab na ziemię i podleciał do grupy, chwycił jednego od tyłu i położył na ziemię.
- Rozdzielcie ich! - dało się słyszeć głosy
- Nie! Zostaw ich! Solówka to solówka!
I się młócili. Ten, który zaatakował uderzał w głowę drugiego z wielką siłą. Słyszeliśmy jak dudni mu w czerepie. Spokojnie przełykając swoje pokrojone mięso w bułce, oczywiście.
Chyba mieszkaniec wielkiego miasta w dzisiejszych czasach jest znieczulony na wiele rzeczy. Zaczynając od przejechanego kota na ulicy, kończąc na bitych ludziach późno w nocy.

* * *







"Jestem tak spłukany, że nawet nie próbuję się wykręcać."
Tom Waits
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress