Młody talent
Pewnego dnia w szkole polonistka powiedziała do mnie:
- Jest taki konkurs, nazywa się “Młode talenty”. Po raz pierwszy robią edycje na cały kraj. Może wyślesz coś swojego?
- Ok - odpowiedziałem.
Parę dni później dałem jej dwa wiersze i powiedziałem, nie do końca jestem pewien czy w żartach, że jeżeli nie wygram to znaczy, że po prostu nie znają sie na poezji.
Miesiąc później poinformowano mnie o wygranej. A ja już dawno zapomniałem o sprawie. W szkole nauczyciele uśmiechali się do mnie częściej, niż zwykle. Aż w końcu jedna z nich poinformowała mnie o moim osiągnięciu. Jej, to bardzo miłe z ich strony - pomyślałem.
No to poszedłem do polonistki obgadać szczegóły. Było to bodajże we wtorek.
- Nagrodę odbierasz w sobotę, o 18 w Teatrze Polskim w Bydgoszczy.
- Gdzie?
- Bydgoszcz.
- Nie jadę - w głowie miałem wizje zmarnowanej soboty na jakieś sztywnej imprezie.
Do akcji wkroczyła wicedyrektor.
- Nie możesz nie jechać. To zbyt ważne. Jedź tam z osobą towarzyszącą, elegancko się ubierz, prezentuj godnie siebie i szkołę.
- W porządku.
Nie byłem w niebo wzięty. Myślałem jak to będzie wyglądać. Wyobrażałem sobie wielka fetę. Statuetki, przemówienia, podziękowania, żarciki do mikrofonu. A jeżeli było mi nie dobrze gdy miałem wyjść na forum szkoły to co mogłoby się stać na teatralnej scenie przy pełnej widowni? Wywróciło by mi bebechy. No i ta osoba towarzysząca. Do głowy przyszła mi Asia, bo uwierzcie, nie znajdziecie drugiej takiej jak ona. Do tańca (chociaż nigdy w życiu na parkiecie jej nie widziałem) i do różańca (jest niewierząca). Później okazało sie, że poza godzinami spędzonymi na ciekawych rozmowach i popijaniu piwka w swojej torbie dźwigała sprzęt, który przerobił ja na bóstwo. Obłęd.
Dzień po tym, jak zgodziła się pojechać okazało się że osoba towarzysząca nie jest potrzebna. Oczywiście i tak zabraliśmy się we dwójkę. I było świetnie.
Zaczęliśmy od kawy w jakieś kawiarni na dworcu. Ona w swoim kac swetrze, ja odjebany jak na wesele. Ja piłem prostą robotniczą kawę, ona jakieś frykasy. Do pociągu kupiliśmy parę piw i krzyżówki. I tak jakoś nam zleciało w pierwszą stronę. Czułem się świetnie. Oto piłem piwko, oglądałem te wspaniałe zaokienne widoki, miałem obok siebie bratnią duszę i miałem odebrać nagrodę za wiersze. Czułem się ważny i doceniony. Po pokonaniu kilkunastu dziwacznych haseł i wypiciu swojego byliśmy już w Bydgoszczy. Na dworcu spotkałem faceta, który jest woźnym w mojej szkole. Kiwnąłem mu ręką, on podszedł i weszliśmy w grzecznościową rozmowę. Okazało się, że jego córka jest laureatka tego samego konkursu, ale kategorii plastyczne. Życzyliśmy sobie powodzenia i rozeszliśmy się. Z moją towarzyszką szukaliśmy jakiegoś baru. Mieliśmy jeszcze z trzy godziny do gali finałowej, a nie byliśmy na tyle głodni by zamiast do baru iść na obiad.
Zajęliśmy miejsca, przyniosłem piwo i to była chyba najprzyjemniejsza część dnia. Rozwaleni na dziwnej pół kanapie, poruszaliśmy najdziwniejsze tematy, bez żadnej krępacji. To się dopiero ceni w człowieku. Każdy może opowiedzieć ci, jak bardzo był pijany w ostatni weekend, kiedy ostatni raz się z kimś pobił albo streścić ostatnio widziany film. Nie każdy z masturbacji przejdzie na sposób jedzenia pomarańczy a stamtąd szybko do swoich wad i, uwaga, zaletach. Jak niewielu ludzi umie mówić o swoich zaletach. O wadach zresztą też. Ale zalety są trudniejsze do znalezienia. Nie wiadomo bowiem na ile człowiek pewien jest jakieś cechy, pewien na tyle, żeby nie wyjść na zwykłego zapatrzonego w siebie narcyza. Większość boi się oskarżeń o skromność. Nie ma się co temu dziwić. Ale wtedy, w tamtym dziwnym barze, nie myśleliśmy o tym. To była totalnie wolna rozmowa która nie chciała nam zboczyć na tematy idiotyczne. Niestety, czas nie był dla nas łaskawy. Zleciał za szybko, nadszedł czas na laury, nagrody i zaszczyty.
W teatrze było dużo ludzi, Asia chciała zrobić się na wspomniane bóstwo, a w toalecie żeńskiej było ogromna kolejka. Poszliśmy do męskiej. Kiedy była w kabinie tuż po chwili wszedł inny chłopak i wprowadził ją do kabiny. Podłapali nasz pomysł, brawo.
Jeszcze makijaż i wchodziliśmy do sali na styk. Spotkałem rodziców.
- A ty już musiałeś sobie dać? - spytała mama.
- No lekko, na odwagę.
Jedyne dwa miejsca obok siebie, na jakie sie załapaliśmy były w ostatnim rzędzie. Zawsze coś.
Para obok nas była szalenie zniesmaczona. A my uwiliśmy sobie mała lożę szyderców. Komentowaliśmy lub obśmiewaliśmy prawie wszystko. Błędy konferansjerów, ubiór babety podającej puchary, cośtam, cośtam…
Nadszedł czas na kategorię poetycką. Padło moje nazwisko, zająłem drugie miejsce. Zacząłem się wygrzebywać z ostatniego rzędu. Zanim doszedłem do sceny facet już się o mnie dopytywał przez mikrofon, czy jestem.
- Jestem, jestem! - Krzyknąłem i podniosłem ręke, żeby mnie zauważył.
Wszedłem na scenę, podałem mu rękę i klepnąłem w ramię komediowym gestem, jakbyśmy byli starymi dobrymi znajomymi. Podał mi torbę z upominkami i jakiś złoty talerz. Co jest, kurwa, miała być statuetka a nie jakieś pozłacane aluminium, pomyślałem. Wyglądało to naprawdę biednie. Kiwnąłem mu głową i zacząłem schodzić.
- Proszę zaczekać, jeszcze zdjęcia - rzucił przez mikrofon.
I kolejny teatralny gest, machnąłem na niego tym talerzem, a on biedny i zakłopotany dodał tylko “prawdziwy poeta”.
Gdy schodziłem włączyli akurat jakąś pompatyczną muzykę. Ludzi rozśmieszyło moje zachowanie, było pewnie jednym z niewielu pozytywnych, nie udawanych, akcentów tego wieczoru. Szedłem, ludzie bili mi brawo, ktoś podszeptywał “dobrze zrobiłeś!”, “brawo!”, “dobrze w chuj!” i przybijał piątkę. Czułem się jak idol tłumu i mas. Ale tylko przez małą, malutka chwilkę.
Wróciłem na miejsce i pośmialiśmy się z tego talerzyka. Nagrodę pierwszą zgarnęła osoba z Bydgoszczy. Wszystkie pierwsze nagrody zgarniały osoby z Bydgoszczy. Nagrody przyznawał samorząd uczniowski z Bydgoszczy. Gdybym mógł, tez porozdawał bym nagrody swoim znajomym. Wiem, że to brzmi jak lament sfrustrowanego, tym, że dostał talerz a nie statuetkę, ale tak nie jest. Staram się w miarę trzeźwo spojrzeć na takie praktyki. I według mnie, nie wygląda to za czysto. I oczywiście nie jestem tym głęboko sfrustrowany. Bo to ich koncert i ich wybory. Fajnie, że ktoś mnie zauważył. To miły gest, dzięki.
Po zakończeniu gali Asia poszła na papierosa pod teatr, a ja czekałem w kolejce, żeby odebrać z szatni nasze płaszcze. Asię minęli moi rodzice, którzy nie widzieli jej wcześniej i pewnie nadal nie wiedzieli kim była ta czarnula paląca fajkę na ławce gdyby nie to, że jak odjeżdżali to akurat wróciłem do niej z płaszczami. Rano usłyszałem:
- Mam tylko jedno pytanie, bardzo ważne pytanie, ile lat ma ta kobieta?
- Jest w moim wieku.
- Ojciec dawał jej 22 lata, ja trochę więcej.
A ja w życiu bym jej tyle nie dał i do teraz nie wiem jak oni doszli do tych liczb. I cały czas nie wierzę, by pierwsze wrażenie było najważniejsze. Pewnie bali się, że starsza kobieta zacznie mnie demoralizować swoją “różnicą doświadczeń”.
Kierowaliśmy się do baru, w którym siedzieliśmy przed rozpoczęciem gali. Podobno miała renomę bardzo rockowej knajpy, ale trudno to było wyczuć, bo gdy byliśmy tam za pierwszym razem, to z telewizora uśmiechało się do nas MTV. Teraz zamiast rockowej klienteli siedziało tam mnóstwo łysoli. Stwierdziłem, że w naszych eleganckich strojach chyba za bardzo rzucamy się w oczy. W końcu w razie czego, ona stała by pod ścianą, a ja dostał bym po ryju.
Bydgoski Stary Rynek jest fatalnie zagospodarowany. Wielka pustka na środku, knajp nie ma tyle co u nas. W jednej z nich zajęliśmy wspaniałe, wysokie miejsce. Jakbyśmy zerkali na tych małych ludzi z góry, mogąc znowu wszystko komentować i wyśmiewać. Po pokazywaliśmy jeszcze sobie magiczne sztuczki, jedyną jaką znałem była z kumka przeskakujacą z palców na palce obok. Ona znała sztuczkę ze znikającym grosikiem. Banał, ale byłem tak zmęczony że dałem się nabrać! Poczłapaliśmy na pociąg. W pociągu prawie zasypiałem, a ona wlepiła nos w swoje krzyżówki. Wracaliśmy, jadłem kanapkę, ona jadła kukurydzę.
Czas powinien biec wolniej. Chociaż raz po raz, na specjalne okazje.
W domu zajrzałem do torby z gadżetami, która dostałem razem z talerzem. Było tego mnóstwo, rozpracowanie torby zajęło mi piętnaście minut. Były tam książki, kalendarz, perfumy, podkładka pod myszkę, dyplom, kosmetyczka, kubek, prasa literacka i pełno ulotek. Ilość rzeczy związanych z higieną zaniepokoiła mnie. Czyżby młodzi poeci uważali, że woda zmyje z nich wenę?
To był dobry wyjazd, podobało mi się. A najgorszą częścią była zdecydowanie część główna - gala finałowa. Ja wolę w spokoju gdzieś posiedzieć, delektować się chwilą i oddać się rozmowie. Nie ważne gdzie, ważne z kim.
Talerz leży i świeci się oparty o dwie pamiątkowe puszki, jedyne zdjęcie jakie udało nam się podczas wyjazdu zrobić wrzuciłem sobie na MySpace. I to by było na tyle, przynajmniej do następnej nagrody.
