Evolution of the Groove
Miles Davis znów w zaskakującej odsłonie - niczym kameleon zmienia swoje muzyczne oblicze. Ewolucja-rewolucja, gdzie wizja muzyki wielkiego jazzmana miesza z współczesnym hip-hopem, jazzem i rockiem. Gościnnie rapper NAS i Carlos Santana. Prowokujące i odkrywcze!
Covery, remixy, utwory z udziałem jakiś gwiazd. Znamy to doskonale, bo dzisiaj to już norma. Przypominam tylko zeszłoroczną płytę The Beatles, “Love” pełną właśnie remixów. Jeżeli zaś chodzi o covery, to wydawnictw tego typu jest mnóstwo, a każdy zespół czy wykonawca określany już mianem legendy ma takich płyt nawet kilka(naście).
Panom z Columbii nie wystarczy to, że wydają przepiękne box sety Milesa Davisa, zawierające naprawdę wartościowy materiał. Tegoroczny The Complete On The Corner Sessions na pewno może równać się z pozostałymi wydawnictwami tego typu.
Fakt, że są to rzeczy nie dla wszystkich jeżeli weźmiemy pod uwagę cenę. Inna sprawa, że tylko w Polsce box sety tego typu kosztują ponad 300 zł. W USA kosztuję one około 30 paru dolarów. Widać dla Polskich handlowców kurs dolara wynosi i wynosić bedzie jakieś 10 zł. Przerażające.
Ale nie chciałem o box setach, bo te piękne kartoniki, zdobywcy nagrody Grammy i powody by fani mogli wydać swoje pieniądze na coś co ich strasznie podjara są zazwyczaj godne wysokiej oceny (i ceny). Ich sposób wydania i ich zawartość to mistrzostwo.
Jednak w sklepach pojawiło się coś takiego, jak Evolution Of The Groove. Opis macie powyżej. Co wyszło z odkrywania, prowokowania i uwspółcześniania Davisa?
No niestety nie za wiele.
Zaprezentowano nam tutaj pięć utworów:
1. Freddie Freeloader (z płyty Kind Of Blue)
2. Freedom Jazz Dance (Evolution Of the Groove) (z płyty Miles Smiles)
3. It’s About That Time (z płyty In A Silent Way)
4. Honky Tonk (z płyty Get Up With It)
5. Black Satin (z płyty On he Corner)
Przesłuchanie całości na potrzeby recenzenckie nie zajęło mi dużo czasu. A to z prostego powodu, płyta jest tak skandalicznie krótka, że to już obniża jej ocenę o połowę i sprawia, że człowiekowi się nóż w kieszeni otwiera. Fakt, trudno jest przecież powiedzieć ile powinien trwać album muzyczny. Są jednak jakieś granice przyzwoitości, chociażby ograniczające cenę płyty. Kiedy człowiek kupuje singla to jest to oczywiste, że płaci mniej niż za cały album. W sklepie płyta kosztuje około 35 zł. Trwa niecałe 15 minut! 
Według np. MySpace’a projektu to Evolution of the Groove rzeczywiście jest taką EPką do najnowszego boxu z sesji On The Corner. Średnio to do mnie przemawia, bo chociaż o płycie On The Corner mówi się czasami, jakoby była fundamentami dla muzyki elektronicznej i Hip Hopu (w to akurat nie wnikam, nie mam takiej wiedzy muzycznej by to potwierdzać lub by temu zaprzeczać). Niestety po najnowszym krążku nie czuć jakoby covery na nim zawarte były jakby stworzone dzięki, i w naturalnej konsekwencji, On The Corner.
Utwory wykonane są profesjonalnie, na nowoczesną modę. Przynajmniej tak dla mnie brzmią, bo nie znam jakoś za dobrze nowoczesnego jazzu. W każdym razie - brzmią inaczej niż w wersjach oryginalnych, “Milesowych”. I brzmią ciekawie, przyjemnie się tego słucha. Ale zawiedzie się ten, kto spodziewa się typowo rapowych i typowo rockowych aranżacji, które zapowiada opis płyty.
A zawiedzie się jeszcze bardziej ten, który będzie doszukiwał się na płycie jakieś prowokacji. Tu nie ma czegoś takiego, Milesa potraktowano z ogromnym szacunkiem, przez co jakby zapomniano skupić się na tym całym prowokowaniu. I wyszło co wyszło, covery grane z typową pokorą ucznia do mistrza, z pochyloną głową. A przecież cover poza docenieniem jest wyzwaniem, które stawia dokonanie mistrza ze stylem ucznia. Kto połączy obie te rzeczy dostanie świetny cover. Trzeba stworzyć taki mix, starego ducha i nowego ciała.
Przykładów świetnych płyt z coverami możemy mnożyć, jak zauważyłem na początku. Dlatego też jeżeli w głowie mamy to, że jest to projekt z coverami, ku czci Milesa Davisa to płyta strasznie traci w oczach. Jeżeli pomyślimy o tym jak o zwykłej płycie jakiegoś tam artysty to płyta zyskuje. Ale ile taka płyta może zyskać? Pomyślcie sami, jak bardzo można kochać 15 minutową płytę, na której ani jeden kawałek nie jest na tyle konkretny by mógł stać się ulubioną piosenką.
No, niestety, nie popisali się, acz artyści intencje mieli szlachetne - unowocześnić Milesa. Za to nie można tego powiedzieć o wytwórni. Ci chcieli zarobić na nazwiskach Davis, Santana i NAS… I chyba się udało, bo oddałem im swoje pieniądze.
Ocena: 3/10