TheElder.net - Domator

środa 22 sierpnia 2007 , 5:26 po południu

Dzień, w którym upolowałem sobie obiad.

Autor: Domator

Historia polowania wydaje się być prosta jak przysłowiowy drut. Człowiek w końcu wyszedł ze swojej pieczary krzycząc, że dość jedzenia zieleniny i robaków, że czas na coś innego. I tak, krok po kroku zaczął polować, rękami, kijami, kamieniami, dzidami, nożami, bronią palną… Dzisiaj już nie trzeba polować, wszystko jest w sklepach, polują tylko najbogatsi. Płacą grube pieniądze żeby upolować sobie np. żubra.
Tego po południa nastał taki czas, że i ja wyszedłem ze swojego pokoju-pieczary krzycząc. Musiałem bowiem zrobić sobie obiad a dość już miałem jakiś tostów i grzanek. Nie jestem dobry w gotowaniu, bo nie mam podzielności uwagi. Tu się smaży mięso, tam “pyrkają” na ogniu ziemniaczki a obok jakieś warzywka się gotują. I skup się tu teraz, żeby wszystko w odpowiednim momencie powyłączać. Żeby warzywko się nie rozgotowało, mięso nie spaliło a woda z ziemniaków nie zaczęła kipieć. Ja nie potrafię. Dlatego moje obiady są proste, zazwyczaj jednodaniowe i jedno składnikowe. Na przykład frytki. Albo jakaś pizza czy lasagne (mam na myśli, że na talerzu jedzenie nie dzieli się na parę obozów tylko jest w jednej kupie).
Totalnie nie miałem pomysłu na coś ciekawego, więc włączyłem Internet i w oczy wpadł mi omlet! Przepis na którym się wzorowałem znajdziecie tutaj.
Zajrzyjcie do składników. W lodówce znalazłem tylko 5 pierwszych rzeczy. Dlatego też podczas przygotowywania potrzebny był mi jedynie punkt 2,3 i w połowie 4. Zdjęcie obok przepisu wyglądało wtedy - dla człowieka głodnego - niesamowicie. Zrobiło mi “smakę” więc zabrałem się do roboty. Kuchnię uwaliłem w jajach i serze, śmietana jakoś dziwnie nie chciała się zmieszać z jajkiem (a była dobra, próbowałem).
Udało się, otrzymałem w miarę jednolitą konsystencję. Rozpuściłem masełko i wlałem całość. Głupio zrobiłem, bo nie przeczytałem, że to na dwie porcje. Nie mieszałem tego, bo przecież nie robiłem jajecznicy. Elegancko całość zaczęła się rumienić. W przepisie jasno jest napisane, że “Kiedy spód się zarumieni, a środek jest jeszcze nieco płynny położyć na nim połowę nadzienia, złożyć na pół i smażyć jeszcze przez chwilę.” Ja nadzienia żadnego nie miałem, więc po cholerę miałem go składać na pół? Jednak kiedy boki się pięknie zarumieniły to środek nie był “nieco płyny” ale był po prostu surowy i rozlany. Stwierdziłem, że nie ma rady, trzeba to przewrócić jakoś na drugą stronę bo chyba wrzuciłem za dużo jaj na raz. Jeszcze chwilę odczekałem i nagle czuję, jak mój omlet się jara i widzę trochę dymu. Szybko biorę w łapę dwie łopatki i przewracam mój niedoszły - lub doszły aż za bardzo - obiad. Niestety, nie udaje się. Omlet rozrywa się w dziwny sposób na dwie części, gdzie jedna jest w pół surowa a druga czarna.
Wkurzam się strasznie, no bo zmarnowałem sześć jaj na jakiś głupi eksperyment kulinarny zamiast po ludzku zjeść co to zawsze. Wychodzę przed dom w wrzucam do kubła swojego czarno-surowego omleta. W koszu sie jeszcze trochę paruje od tego dymu. Po powrocie widzę w kuchni delikatną mgiełkę. Włączam dmuchawę, uchylam okno i czekam. Cały czas myślę, co zjeść na obiad. Jakoś się uczepiłem tych jajek. Zrobiłem sobie prostą i klasyczną jajecznicę. Bomba.

Wychodzi więc jasno. Człowiek długo uczył się w jaki sposób wyciągać swoje posiłki z lasu i w jaki sposób je jeść. Ja jeszcze trochę się pouczę jak wyciągać je z lodówki i jak, co najważniejsze, przygotować je do smacznej i jadalnej formy.
A na razie jedna nauczka: nigdy więcej przepisów z kulinarnego Onetu.

* * *

czwartek 16 sierpnia 2007 , 8:44 po południu

Gazeta codzienna

Autor: Domator

gazeta «pismo codzienne; też: egzemplarz takiego pisma»
- Słownik języka polskiego

Czytam “Dziennik”, ale nie codziennie. Czasami poczytam sobie tą gazetkę w pociągu, w szkole czy na ogródku. Szkoda mi wydawać 1,50 zł dzień w dzień, zwłaszcza po moim ostatnim odkryciu.
Bierze człowiek do ręki taką gazetę i zaczyna od pierwszej strony albo od końca jeżeli interesuje go sport. Ja ostatnio kupiłem taką gazetę, poczytałem chwilę przy śniadaniu po czym położyłem ją obok łóżka żeby ją sobie poczytać. Okazało się, że zasiadłem do niej dopiero wieczorem. I co? I nic, nie dało się jej czytać. Miałem w głowie przeświadczenie, że czytam przestarzałe newsy bo dzisiaj stało się już coś nowego.
Czyli jeżeli nie przeczytamy całej gazety do po południa to staje się ona nieaktualna i nie potrzebna. Ale jak przeczytać takie zwały tekstu w krótkim czasie? Nie wiem, dlatego poważnie ograniczam czytanie prasy codziennej.

* * *

niedziela 12 sierpnia 2007 , 7:21 po południu

Nocny ja

Autor: Domator

Chyba nigdy nie zrozumiem telewizyjnej , to jest ja ją niby rozumiem, ale mam pretekst do ponarzekania.
Wczoraj byłem w kinie na pierwszym Grindhousie, czyli na Death Proof, piękny to film ale nie będę się na jego temat rozwodził. Po wieczornym obgadywaniu filmu w PopEndzie (jedna z pubów w Poznaniu) wróciłem do domu o czwartej nad ranem, głodny jak cholera. Mając gdzieś zalecenia, że o tej porze zdecydowanie nie powinno sie jeść kolacji (chociaż o tej godzinie było bliżej do śniadania) uszykowałem sobie bardzo smakowite tosty. Uszykowałem je z myślą, że obejrzę je przed telewizorem. I tu będę szczery - nie posiadam u siebie w pokoju telewizji satelitarnej bądź cyfrowej. Muszę się zadowalać TVP 1, TVP 2, TVP 3, Polsatem i TVNem. W dzień starcza mi to aż nadto. Niestety, na noc to za mało. Już na starcie trzy kanały TVP miały wielką tarczę na ekranie i bardzo nieznośny pisk. W nocy ta telewizja po prostu nie nadaje.
Na Polsacie zaś leciał serwis randkowy. Załamałem się. Na ekranie pokazują się zdjęcia (w większości kobiet) i krótki opis. Pod spodem numer na który należy wysyłać SMS-y ze specjalnym kodem. Smuciło mnie to trochę, bo to jednak krok dla desperatów. Nikt nie chce być sam, wiec jakieś 50-letnie Bożeny były dla mnie normalką. W tym wieku trudno iść na jakąś dyskotekę i poznać kogoś. Ale osoby 25-letnie czy nawet młodsze?! Szczerze współczułem…
Kiedy już wyczerpałem całe współczucie na ta noc to włączyłem TVN. A tam? Program pt. “Kto was tak urządził?” z blondynką, która występowała w Big Brotherze. Remontowali jakąś kawalerkę, malując ją Duluxem i meblując bibelotami z Ikei. Nie dość, że program jakoś z przed dwóch trzech lat, to jeszcze puszczony o czwartej w nocy.
Bardzo mnie taka ramówka telewizyjna zasmuciła. Pal licho mnie, ja rzadko oglądam telewizję o takich porach. Ale co z ludźmi w szpitalach? Sam pamiętam, że w szpitalu nie mogłem spać więc tylko brałem od rodziny dwuzłotówki, żeby wrzucać je do telewizorka i oglądać z słuchawkami na uszach.
A co z ludźmi, cierpiącymi na bezsenność? Co ze stróżami na nocnych zmianach?

Czy zawsze nocne marki będą skazane na taką papkę? Rada jest jedna - słuchać radia, albo kupić sobie kablówkę. Ja wiem jedno: już nigdy nie odważę się na włączenie telewizora późną nocą, lub wczesnym rankiem.

* * *

piątek 10 sierpnia 2007 , 10:17 przed południem

Peter Criss - One For All

Autor: Domator

Powrót Catmana

I niech mi ktoś teraz powie, że trwa sezon ogórkowy, skoro właśnie wyszła nowa solowa płyta pierwszego perkusisty KISS - Petera Crissa!
Peter Criss najbardziej zapisał się w historii jako autor utworów takich jak “Beth” czy “Hard Luck Woman”. Cóż, nie były to utwory Crissszybkie. Criss zawsze miał zamiłowanie do wolnych piosenek, do rożnego typu balladek. Dało się to wyraźnie odczuć na jego pierwszej solowej płycie z 1978 pod szyldem KISS wydanej razem z solowymi płytami pozostałych trzech członków zespołu (wszystkie wyszły jednego dnia). Zatytułowana była po prostu “Peter Criss”.
Gdy odszedł z zespołu w roku 1980 to wydał jeszcze parę płyt solowych. Po dłuższej przerwie przyszedł czas na najnowsze “One For All”. Zrobiła się chyba jakaś moda sród członków KISS, zapoczątkował ją w 2004 roku Gene Simmons ze swoim “Asshole”, który był moim zdaniem świetny (niestety, wielu fanów KISS tak nie uważa, a wręcz przeciwnie). Następnie Paul Stanley wydał swoje “Live To Win”. Czas na Crissa (ponoć Ace Frehley ze swoją płyta jest w drodze). Muzyk od początku zapowiadał, że płyta będzie złożona z samych wolnych kawałków, bo takie klimaty zwyczajnie go kręcą. I w porządku. Jest legendarnym członkiem oryginalnego składu KISS, fani pamiętać będą go zawsze. Zarobił sobie w życiu tyle, że dziś jako sędziwy 60-latek może wydawać to, co mu się żywnie podoba. Do Crissa pasuje muzyka jaką nam zaserwował na tej płycie. Nie ma wyglądu starego rockmana, ot starszy człowiek ze zjechanym zdrowiem który będzie miał co w życiu wspominać.
Podobno w planach jest też druga płyta, bardziej rockowa niż nastrojowa.

Ale ja tam nic do nastrojowania nie mam. Criss jasno mi pokazał, że wolna piosenka nie musi być ckliwa i opowiadać o stosunkach damsko-męskich (chociaż i takie piosenki znajdziemy na płycie), ale może być rozrywkowa, którą potem chętnie się nuci przy robieniu śniadania (szkoda, że takich kawałków jest bardzo mało).Okładka...
“One For All” jest niestety płytą do słuchania na wyrywki. Kiedy tak człowiek leży na łóżku i jej słucha to albo zasypia (tak, zasnąłem!) albo się gubi. Płyta niestety może znudzić a już na pewno się zlewa.
Momentami słychać, że Criss nie dociąga swoim głosem tam gdzie trzeba. Trudno mu się dziwić - ma swoje lata. Przynajmniej było to w jakiś sposób szczere. Zaraz przypomina mi się ostatni krążek Ozzy’ego, który jasno pokazuje, że w studiu można zrobić wszystko.
Pochwalić można Petera za to, że płyta sprawia wrażenie zrobionej wpierw pod siebie, a dopiero potem pod fanów. Bo bądźmy szczerzy, zdecydowaną większością słuchaczy tej płyty będą fani KISS. Na płycie znajdziemy jedno bezpośrednie nawiązanie do starego zespołu Crissa. Piosenkę “Space Ace” (bardzo kiepską zresztą).
Na jednej z poprzednich płyt muzyk miał pół twarzy wymalowanej w swój sławny make-up. Tutaj nic. I bardzo dobrze, w końcu to projekt SOLO a nie KISS. Ale skoro zrezygnowano z KISS-motywów także na okładce to można było się bardziej postarać. Bo chociaż okładka okładką, a muzyka muzyką to pierwsze na co się patrzy to właśnie okładka. A okładka “One For All” jest fatalna. Kicz. Możecie podziwiać ją obok. Jest małych rozmiarów, więc zdradzę, że flagi Polski tam nie ma. Wszystko dopełniają dwie wieże WTC, sprawiając efekt, że płyta ma misję by być jakimś humanitarnym gestem, solidaryzowaniem się z biednym światem. Co robi ten samolocik na orbicie ziemi? Niestety nie wiem. Może to reklama biura podróży :)
Podsumowując - dla szarego zjadacza chleba ta płyta nie będzie rewelacją. Fan KISS i tak kupi bo taka już maniera fanów. Kupią wszystko z odpowiednią etykietą. Criss na pewno o tym wie, ale nie wygląda na to by chciał to wykorzystać. Póki jest to sztuka dla sztuki, a nie skok na kasę to jest to warte uwagi. Chociażby po to, żeby zobaczyc w jakim kroku ewoluował muzyk od czasów KISSowych i od czasów ostatniej solówki.

Na koniec dodam, że mój zdecydowany faworyt z płyty to “Heart Behind These Hands” i kawałek tytułowy, chociaż daleko mu do tego pierwszego.

Ocena: 5/10
Peter Criss, One For All, Silvercat/SONY-Red 1054-2 (USA, 7/24/07)

Fragmenty z płyty do posłuchania na Amazonie.

* * *

wtorek 7 sierpnia 2007 , 5:44 po południu

Pierwszy rok “The Elder”

Autor: Domator

Nie do wiary. Zawsze byłem pełen podziwu, gdy ktoś swoją stronę/bloga/dziennik prowadził przez jakiś dłuższy czas. Dzisiaj mija równo rok od ukazania się pierwszej notki!
Wyobraźcie sobie, rok temu pewien młody człowiek stworzył stronę o bootlegach KISS i pod wpływem stron takich jak Casaboontha czy Naked City Bootlegs postanowił podpiąć pod to elegancką domenę. Wykupił ją, dorobił naklejki na listy i rozpoczął wymianę pełną parą. W końcu dał spokój bootlegom, kiedy kilka z nich zaginęło podczas remontu lub były powypalane z błędami. Stronka właściwie leżała zamarznięta i czekała. Czekała na większy ruch, większy niż kolejna podstrona o nazwie “/blog”. To na niej narodziło się to miejsce. To, czyli obecna strona główna. Sub domena i podstrona zamieniły się w domenę główną, którą znamy dzisiaj i w stronę główną. Potem parę layoutów i miejsce to wygląda tak jak teraz!
Inspirowały mnie miejsca pokroju blogu Kevina Smitha czym smog.net. Dałem to do zrozumienia już w pierwszej notce. To miejsce istnieje dzięki tamtym dwóm. Po czasie samo wykształciło swój klimat. Takie mam przynajmniej wrażenie… A co się działo przez nasz pierwszy rok?

Przez rok zgromadziliśmy 7500 odwiedzających, kilu stałych czytelników, parę komentarzy. Liczby te nie są zawrotne, ale i tak zadowalają mnie jak na roczną egzystencję bez jakiejkolwiek większej reklamy. Tak! Nawet po roku to miejsce pozostaje w ukryciu, chociaż już nie tak jak kiedyś. TheElder.net zaczęło pojawiać się w wyszukiwarkach, co przysporzyło nam kilku nowych gości.
Przez rok zacząłem publikować tu swoje wiersze a i nie tylko (tak, nie tylko moje płody są na tym serwerze). Czyli nawet po roku prawdziwe są moje słowa, jakoby strona ta była wielkim podziemiem. Dużo, oj dużo rzeczy nie jest do dorwania przez zwykły klik.
Przez rok nawiązaliśmy współpracę z paroma stronami. Nie mi osądzać tutaj ich poziom, wykonanie, częstotliwość aktualizacji. Grunt, że okazali się godnymi partnerami (nie myślcie, że to wszystkie strony z menu).
Przez rok TheElder.net zaczęło lansować się na myspace.com. Po co? Nie mam pojęcia.
Przez rok TheElder.net rozkleiło całe morze naklejek ze swoim adresem.

I najważniejsze - przez rok mogłem tu napisać absolutnie wszystko. I wyszło mi tak 113 wpisów (ten tutaj jest właśnie tym 113). Pisanie tutaj dawało - i wciąż daje - radość i możliwość wyszczekania się.

Dziękuję za to sobie, i tym, którzy to czytają.

* * *

środa 1 sierpnia 2007 , 4:01 po południu

Spotykając legendę…

Autor: Domator

W okolicach koncertu The Rolling Stones odwiedziłem sobie Warszawę. Zobaczyłem siłą rzeczy dworzec kolejowy a także, przy wychodzeniu, “piękny” pałac kultury. No co tu dużo mówić, wyszedł ze mnie w tej Warszawie typowy Poznaniak. W ogóle nie rozumiałem ludzi. Pytam się jednej pani gdzie leży najbliższa poczta a ona na mnie patrzy i… odchodzi! Ale co tam, ja się nie zrażam i w końcu pocztę znalazłem. A tam co? Urbanizacja pełną gębą! Numerki które pozwalają podejść do odpowiedniego okienka. Inny kwitek bierzesz z maszyny na list, paczkę czy kuriera. Dziwnie się czułem. Wielkie miasto, z jednej strony niesamowicie nowoczesne a z drugiej to jak na wsi. Ale ja nie o tym chciałem. O Warszawie można pisać w nieskończoność. A to o genialnej komunikacji miejskiej a to o mrowiu antykwariatów… Warszawa - jak każde miasto - ma swoje ogromne plusy, klimatyczne miejsca itd. Nie usłyszycie ode mnie słów w stylu “cholerni krawaciarze”. Byłem w stolicy przez trzy dni i z dnia na dzień podobało mi się bardziej.

Szczytem mojego zachwytu była wizyta w muzeum “Powstania Warszawskiego”. Nie dlatego, że to muzeum jest po prostu genialnie wymyślone, uświadamia, nie nudzi i każde się angażować w siebie zwiedzającemu. Moje zadowolenie spowodował jeden człowiek - Henryk Jerzy Chmielewski.
autor
Któż nie zna Papcia Chmiela, autora słynnych “Tytusów“? Papcio to już legenda Polskiego komiksu. I nie jest to słowo na wyrost. To jego nazwisko konsekwentnie wymienia się od paru lat obok nazwisk takich jak Christa czy Rosiński.
Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy razem z kolegą Rafałem zobaczyłem człowieka, który odpowiedzialny jest za spłodzenie książeczek męczonych przeze mnie całe dzieciństwo. Książeczek do których nawet teraz wracam bardzo chętnie.
Podszedłem do niego, podałem mu rękę i pogratulowałem poczucia humoru. Na co on wyjął z walizki pocztówkę i podpisał ją dla mnie. Nie odwalił zwyczajnej parafki. Narysował Tytusa etc. Potem opowiedział o swojej nowej książce w której opisuje swoją ewolucję jako rysownika. Oczywiście ją kupiłem. No to znowu autograf proszę, Papcio pokazał jak się rysuje Tytusa. Myślałem, że to idzie inaczej. Głowa, uszy, buzia, oczy i już. A tu się okazuje, że na taki rysunek jest specjalna metoda. Parę linii, parę pociągnięć i dopiero po chwili wychodzi z niego małpka!
Bardzo imponował mi wygląd Papcia Chmiela. Pomimo sędziwego już wieku człowiek ten cały czas ma bujne, gęste włosy. Bielutkie co prawda, ale bujne. Ułożone w idealne fale. Niejeden chciałby się zestarzeć w taki sposób!
Potem Pan Autor pokazał mi konkurs na… epitafium na własnym nagrobku! Jaki wielki dystans trzeba mieć do siebie, żeby w wieku 84 lat móc z pełną swobodą mówić o śmierci i zorganizować konkurs o tematyce pogrzebowej :) Każdy, kto nadeśle takie epitafium dostanie oryginalny rysunek od autora. Ja tam jakoś nie miałem odwagi, żeby pisać osobie którą podziwiam wierszyk, który być może będzie na jego grobie.

Takie spotkania zawsze mnie zadziwiają. Co innego iść na umówione spotkanie, np. podpisywanie w księgarni etc. a co innego spotkać kogoś zupełnym przypadkiem. I to kogoś takiego! Co tam Jagger, który w tym czasie był w tym samym mieście. Sto lat dla Papcia Chmiela!

* * *







"Niektórzy nigdy nie świrują. Ale ich życie musi być okropne."
Charles Bukowski
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress