TheElder.net - Domator

piątek 15 czerwca 2007 , 6:24 po południu

Debiut!

Autor: Domator

Dzisiaj wróciłem do domu, byłem spocony jak ostatnia świnia. Na Łóżku spostrzegłem dużą brązową kopertę. Rzadko dostaję niezaplanowane przesyłki. Nie pamiętam nawet kiedy ostatnio dostałem list. Wiecie, taki tradycyjny. Nadawcą tej tajemniczej przesyłki był miesięcznik literacki “Akant“. Przypomniałem sobie, że jakiś miesiąc temu wysyłałem do nich swoje wiersze. Pomyślałem, że teraz chcą mi je zwrócić (chociaż chyba żadna tego typu gazetka nie zwraca nadesłanych tekstów). Otwieram, a tam najnowszy czerwcowy numer z moim nazwiskiem na okładce!
Trudno mi opisać uczucia temu towarzyszące. Najlepiej klimat sytuacji odda ten fragment powieści “Factotum”:

Dotarłem do domu, w którym mieszkałem. Wszedłem po schodach, otworzyłem drzwi mojego pokoju i zapaliłem światło. Pani Downing wsunęła mi pod drzwi pocztę: na podłodze leżała duża brązowa koperta z przesyłką od Gladmore’a. Podniosłem ją; była ciężka, pełna nieprzyjętych do druku rękopisów. Usiadłem i wyjąłem z niej list.

Szanowny Panie Chinaski!
Odsyłamy cztery opowiadania. Zostawiamy sobie natomiast piąte, noszące tytuł “Moja spitapiwem dusza ma w sobie więcej smutku niż wszystkie umarłe choinki świata”. Od dłuższego czasu z uwagą śledzimy Pańskie próby i jesteśmy nadzwyczaj szczęśliwy, że możemy przyjąć do druku Pana utwór.

Z wyrazami szacunku
Clay Gladmore

Wstałem z krzesła, nadal ściskając w ręku zawiadomienie o przyjęciu do druku mojego opowiadania. PIERWSZEGO W MOIM ŻYCIU. Z “Frontfire” - najbardziej liczącego się magazynu literackiego Ameryki. Nigdy jeszcze świat nie wydał mi się taki wspaniały, tak pełen obietnic. Zrobiłem kilka kroków, usiadłem na łóżku i jeszcze raz to przeczytałem. Studiowałem każdy zawijas w skreślonym ręką Gladmore’a podpisie. Wstałem, podszedłem do szafy i przyszpiliłem do niej lisy. Następnie zrzuciłem z siebie ubranie, zgasiłem światło i położyłem się do łózka. Bezskutecznie próbowałem zasnąć. Musiałem wstać, zapalić światło, podejść do szafy i przeczytać to jeszcze raz:

Drogi Pani Chinaski…

- Charles Bukowski, Faktotum

Tak, czułem się bardzo podobnie. Bo chociaż daleko mi do trybu życia, który prowadził Henry Chinaski to uczucie tego, że świat jest wspaniały udzieliło się także i mi. Do tego poczucie, że rządzisz. Że jesteś totalnym władcą. Rządzisz. Cały świat u twych stóp. Było to oczywiście bardzo krótkie uczucie…
Wydrukowano mój wiersz pod tytułem “Nowa Fantastyka” (wersja na stronie trochę inna niż ta w miesięczniku). Uważam, że to jeden z najgorszych wierszy jakie napisałem. Ale wspaniałe jest i to! Może nie w wielkim piśmie, a w całkiem malutkim. Może nie jakieś wielkie dzieło. Ale zawsze. Cholernie jestem z siebie zadowolony.

Więc debiut za mną. Co za uczucie!

* * *

czwartek 14 czerwca 2007 , 7:09 po południu

Czarna lista zespołów

Autor: Domator

Zwyczajnie oniemiałem. Dostałem przed chwilą link do newsa na onet.pl. Pozwolę sobie pocytować:

W lipcu do urzędników w całym kraju trafi lista zespołów “propagujących satanizm”, którym Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami chce zabronić grania koncertów - informuje dziennik “Metro”.
- Do tej pory nie było jasne, który zespół propaguje takie treści i przez to władze nieświadomie zezwalały na organizowanie ich koncertów i szerzenie niebezpiecznych treści. Postanowiliśmy dać im pomoc - tłumaczy Ryszard Nowak, szef Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami.

Jak wyjaśnia, razem z wieloma specjalistami wnikliwie przeanalizowali setki zespołów koncertujących w Polsce w ostatnich 20 latach. Kto trafił na spis? Tego twórcy listy jeszcze nie chcą ujawniać. Ale wiadomo, że znajdą się na niej na pewno death/blackmetalowy zespół Behemoth z Trójmiasta, legendarny Kat z Katowic oraz światowej sławy amerykańska gwiazda Marylin Manson. - To będą nie tylko zespoły metalowe, ale także rockowe, bo z naszych analiz wynika, że często także zespoły rockowe propagują satanizm, nawołując do zabijania, organizowania czarnych mszy czy składania zwierząt w ofierze - tłumaczy Nowak.

Kompletny spis trafi do urzędów w całym kraju. Niektóre samorządy już na niego czekają. - Teraz często nie wiemy nic o zespołach, które u nas koncertują, a dzięki tej liście można by łatwo zidentyfikować te niebezpieczne - mówi Urszula Sienkiewicz-Nogal z białostockiego ratusza. - Nie sądzę, by ktoś myślący zdroworozsądkowo dopuścił do zorganizowania u siebie koncertu grupy, która znalazła się na tej liście - zaznacza.

Dobry boże, w jakim kraju przyszło mi żyć? Już po przeczytaniu pierwszego akapitu tego newsa wiadomo, że pomysłodawcy w ogóle nie siedzą w temacie. Ja tam nie wiem, ale zawsze uważałem, że jak ktoś bierze muzykę za poważnie to jest idiotą. Jeżeli po przesłuchaniu Behemotha poszliście w osiedle i zabiliście na ołtarzu czarnego pana jakiegoś kota to powinni was zamknąć. Sam zespół przyznaje, że do Władcy Much ma taki sam stosunek jak do Boga. Nie jest trudno się domyślić, że ich stanowisko wygląda tak jak moje - obaj to wymysły człowieka.
Kat to już jakiś śmiech. Teksty to ma durne, jeżeli weźmie to któryś na poważnie to chyba jakiś kolejny głupek bez wyrobionego zdania.
Marlin Manson. Fajnie, zawsze robi wokół siebie skandale. Tym razem będzie mógł się chwalić, że w pewnym wschodnim państwie jest na liście zespołów (prawie) zakazanych.
Chciałbym poznać tą listę. Można śmiało obstawiać na Slayera, tak samo na VADERa. Tych i im podobnych zespołów po prostu nie może zabraknąć na tej liście. Zastanawia mnie, jak to będzie wyglądało. Jakiś klub zgłosi imprezę z jakimś wykonawcą. Urzędnicy popatrzą na kartę i stwierdzą, że nie ma szans, bo zespół jest na liście. Nie zdają sobie sprawy, że czepiają się legend. Że prawdziwe pojeby wyznające jakiś bożków siedzą pod ziemią a nie wyprzedają na świecie stadionów waląc płytę za płytą. Nie zdają sobie sprawy, że nie każdy jest tak słaby jak oni. Coś raz zagranego nie wjedzie komuś na psychikę do końca świata. Czym innym jest nucenie utworu a czym innym upuszczenie sobie krwi. Nie rozumiem. Nie rozumiem. Nie rozumiem. Skończy się na tym, że w Polsce będzie grało samo gówno. Żadna wielka gwiazda nie przyjedzie nas zadowolić.

Metal to już taka muzyka. Śpiewa się o diabłach. Tak jak w Hip-Hopie jadą tekstu o chlaniu czy jaraniu trawy. Czy powstanie lista z zespołami promującymi narkotyki, przedmałżeński seks labo ekshibicjonizm? Strzeżmy się.

* * *

niedziela 10 czerwca 2007 , 5:36 po południu

Mystic Festival (Slayer!)

Autor: Domator

Dość spóźniona relacja (5 dni od koncertu). Przepraszam, mam problemy z regularnym dostępem do Internetu.

Parę miesięcy temu zastanawiałem się co wybrać. Koncert grupy Heaven & Hell (reaktywowane Black Sabbath, tylko z Dio na wokalu) czy może Mystic Festival, gdzie główną gwiazdą będzie legendarny Slayer.
Nie trudno zgadnąć co wybrałem. Wziąłem sobie za i przeciw. No i wczoraj wróciłem ze Slayera. Można dyskutować co jest większą okazją i co się bardziej opłaca. Ale po co? Jakbym miał pieniądze, to pojechałbym na obydwa koncerty i jeszcze więcej.

Obudziłem się o wpół do szóstej. Pociąg do Katowic (z Poznania) miałem o 7:35. Czekało mnie, optymistycznie licząc, ponad 5 godzin jazdy. Rok temu, pod koniec lipca odwiedziłem już Katowice przy okazji zlotu KISS-Polska. Pociąg nadjechał punktualnie, było dużo miejsca itd. Miałem jakieś różne gadżety potrzebne do tego, by podczas podroży się nie nudzić. Zapowiadała się spokojna droga. W przedziale siedziałem z jednym mężczyzną, panował pełen spokój.
Aż wsiadła ekipa, która też jechała do Katowic. Ogi, Grzechu, Iwona i Bobek. I bogu za nich dzięki! Podróżowanie rzadko jest takie luźne i zwyczajnie wesołe. Gadaliśmy sobie, piliśmy piwko i czekaliśmy na Katowice. Pociąg pełen był takich jak my. Ekipa opowiadała o swoich przygodach koncertowych jeszcze z poprzedniego ustroju. Trudno się dziwić, najmniejsza różnica wieku między nimi a mną wynosiła 10 lat.

Gdy dojechaliśmy to zaraz szliśmy pod Spodek. Tam, jako że było jeszcze trochę czasu do wejścia. Usiedliśmy sobie i oglądaliśmy ludzi. W pewnym momencie przed oczyma stanęła mi znajoma postać. Tremayne! Czas zaraz szybciej przeleciał.
W między czasie, mój kolega z podróży - Grzesiek, poszedł kupić bilety. Był z żoną więc jego zadaniem było kupienie dwóch biletów na sektor siedzący. Podszedł do niego konik i Grechu został z dwoma biletami na płytę, kupionymi 10 złotych taniej. Postanowił je wymienić, na siedzące, w kasie, które były w tej samej cenie ale których nie było u koników (chodziło o 20 złotych). Konik sprzedał mu bilet z Mystica i z Ticket Pro. Niestety, w kasie wymieniano tylko i wyłącznie bilety Mysticowe. Grzechu nie chcąc opuszczać żony zostawił obydwa bilety na płytę aż w końcu zmuszony byłem z Mariuszem puścić je jakimś chłopakom po stówkę. Wreszcie można było kupić bilety na sektor. A nasz handlowiec był tylko 40 złotych w plecy…

Ok, wyobraźmy sobie że zakończyłem już swoje dysputy z Tremem (dzięki, że wpadłeś ziom, fajnie się gadało) i wszedłem do środka. Na początku ochrona przeszukuje plecaki, żeby wyjąć niebezpieczne przedmioty i… napoje! Nie tylko alkoholowe ale i jakieś pepsi, tymbarki etc. No ja tam swojej nie oddałem, wpierw tłumaczę ochroniarzowi, że to zero alkoholu, niech powącha albo nawet spróbuje a on, że nie i chowa butelkę pod ławkę. Odwraca się a ja z powrotem łapię butelkę i idę przed siebie. Uważam za dziwne, żeby zmuszać uczestników którzy i tak kupili już bilet do płacenia za szatnię i za napoje, tylko dlatego że wnoszenie napoi jest zakazane. Cóż, ludzie się wykosztowali na napoje, ja płaciłem za szatnię (2 zł).

To wszystko mało. Bo czymże jest wydanie groszy na szatnię albo kupienie sobie kufelka piwa czy kubka czegoś zimnego. Przecież już za parę godzin miałem zobaczyć Slayera! A oczekiwanie umilić mi miały inne zespoły.
Kolejność wchodzenia na scenę wyglądała następująco:
PANDEMONIUM 14:30 - 15:00
change over 15:00 - 15:20
ROOTWATER 15:20 - 15:50
change over: 15:50 - 16:10
BLOODSIMPLE 16:10 - 16:40
change over: 16:40 - 17:00
VIRGIN SNATCH 17.00 - 17.30
change over: 17:30 - 18:00
BEHEMOTH 18.00 - 19:00
change over: 19:00 - 19:30
CELTIC FROST 19:30 - 20.30
change over: 20:30 - 21:00
SLAYER 21.00- 22.30

I teraz opisze po kolei co i jak wyglądało, oraz jakie wrażenie na mnie zrobiło.

PANDEMONIUM - Nie widziałem :)
ROOTWATER - j/w

BLOODSIMPLE - Ni w ząb nic ta nazwa mi nie mówiła. Okazało się, że to kapela zagraniczna. Z tego co widziałem, to wśród publiczności nie była bardzo znana. Mi się tam podobali, może nie było to jakieś zjawisko na miarę wschodu słońca, ale potrafili nami na tej płycie ruszyć. Cały był obtatuowany, kazał robić hałas i pytał się, czyśmy są gotowi na Slayera. Jednak gdyby nie ten festiwal to prawdopodobnie nigdy bym ich nie odkrył. Inna sprawa, że nie porwali mnie aż tak, żebym kupował ich płytę.

VIRGIN SNATCH - Polski zespół, podobnie jak poprzednicy wcale mi nie znany. Podobali mi się mniej niż Bloodsimple, ale reszcie chyba bardziej. Wokal był dla mnie porażką, tak jak image zespołu. Ale to chyba rzecz gustu, bo jacyś zapaleńcy (ciągle ta sama ekipka bodajże trzech kumpli) stale krzyczeli: “Virgin Sntach! Virgin Sntach! Napierdalać! Napierdalać!”.
No i lider rzucał co chwila tekstami o Kaczyńskich i IV RP. Może nie jestem zwolennikiem, wręcz przeciwnie, ale te żarty po dwóch latach naprawdę nie śmieszą…

BEHEMOTH - Nadchodzi ciężka i wysoka liga! Fanem nie jestem, ale Behemoth w pełni zasłużyli na supportowanie Celtic Frost i Slayera. Chyba nie ma drugiego tak popularnego za granicą zespołu z naszego kraju! Chociaż powiem wprost - nie lubię ich muzyki. Nie bluzgajcie mnie tu proszę, za ostre klimaty jak dla mnie.
Byłem już trochę zmęczony po poprzednich zespołach. Wiedziałem też, że Behemoth da ostro po garach i kocioł pochłonie mnie do swojego wnętrza. A jak pochłonie, to nie wyjdę. Zrobiłem więc mały myk i prześlizgnąłem się pod nosem ochroniarza pod linką. Byłem na sektorze, mogłem swobodnie usiąść, do czasu aż ktoś się nie upomni o własne miejsce.
Siedząc na tyłku obejrzałem cały występ Behemotha. Chłopaki dają świetne show. Makijaże, długie płaszcze, odpowiednio udekorowana scena, buchanie ogniem i solo na perkusji (skojarzenia z KISS są dalekie, wierzcie mi, zupełnie inny typ występu). Ale muzyka, no nie mogłem przetrawić. Występ świetny, muzyka nie. I nic na to nie poradzę. Nie lubię i już.
Denerwowało mnie też to, że wokalista grając z zespołem w swojej ojczyźnie krzyczy do nas “hell yeah” albo “fuck yeah” albo “Poland!”. Rozumiem, że spędzają za granicą większą część roku, ale… no właśnie.
Aczkolwiek jego rozmowy są świetne. Ot, choćby ta z Golgotą :)

CELTIC FROST - O boże, co za szał! Znowu nie znałem zespołu, lecz tym razem wzięło mnie na całego. Lubię takie zespoły, nazwa gdzieś mi się wcześniej przewijała ale nie mogłem jej dopasować do wykonawcy. Dali niezłe show! Basista jest niezłym świrem i wymiataczem. Zrobili na mnie duże wrażenie, ludzie podzielili się na dwie grupy. Tych którzy narzekali i tych, którzy się wczuli. Byłem, rzecz jasne, w grupie drugiej. Super

SLAYER - Nie wiem, czy jest sen by coś pisać. Nie widziałem jeszcze koncertu Slayera, na którym zespół nie przyłożył by się do swojej roboty. Jeżeli wy taki widzieliście, to idę o zakład, że publiczność i tak szalała. Bo Slayer to naprawdę wielki format gwiazdy. Mam taką swoją świętą trójce metalu: Judas Priest, Anthrax i właśnie Slayer. Może jestem dziwny, bo z kolei nie lubię Iron Maiden czy Metallicy.
Stałem sobie na płycie i już upłynęło trochę czasu od poprzedniego artysty, więc zaczęło nas to wkurzać. Aż w końcu ktoś zaintonował: “KURWA MAĆ! ILE MAMY STAĆ?”. Po chwili cały spodek tak krzyczał.
Sprzętowi ustawili już ściane z Marshali, zmienili tło na okładkę Christ Illusion i posprawdzali instrumenty. Wyszedł zespół i zaczęło się robić jeszcze ciaśniej. Aż się przestraszyłem, że zasłabnę. Byłem wciśnięty między jakiś spoconych brudów :) Gdy na scenę wyszedł sam Kerry King to tłum oszalał. Cała płyta ruszyła naprzód, przed siebie. Współczuję tym przy samych barierkach, musieli mieć silne ręce żeby nie dać się zgnieść totalnie. Wytrzymałem w tym grajdołku może z cztery piosenki. Postanowiłem uciec na siedzące. Błąd? Trudno orzec, gdyż wszyscy napierali do przodu, a ja jeden debil do tyłu. Wleciałem w jakiś kocioł, poturbowali mnie. Brnę pod prąd dalej. Następny kocioł, znowu dostałem. końcu wyszedłem. Wytłumaczyłem ochroniarzowi, że zaraz padnę jak mnie nie wpuści i już siedziałem. Ale spałem! Ale byłem mokry! Coś wspaniałego! I cieszyłem się z tego moje wyjścia, bo gdy zaczęli grać Angel of Death to płyta przeszła samą siebie, byli ostrzejsi niż na Behemothcie!
Z mojej stojąco-siedzącej perspektywy mogę powiedzieć, że Slayer nie dość że był najlepszy to jeszcze najgłośniejszy, najbardziej męczący i wyciskający z publiki maksimum. I bardzo dobrze! Gdy następnym razem zawitają do naszego pięknego kraju to ja tam będę. Na pewno.

Potem czekał mnie powrót. Na dworcu pociąg do Poznania był tak zawalony, że czekaliśmy w nim pół godziny aż doczepia wagony. Wyglądało na to, że całą drogę sobie postoję. Byłem akurat obok przedziału w którym siedzieli dość mili ludzie. Miło się z nimi rozmawiało. Niestety nie każdy się nadawał. Kobieta obok mnie co chwila mówiła “O boże, jedźmy już”, “Dlaczego nie jedziemy?”, “Mamo, no jedźmy!”, “Ile jeszcze?”, “Dlaczego stoimy?”, “Ile mamy jeszcze stać?”. Miałem ochotę krzyknąć do niej: “Kobieto, skąd do cholery mamy znać odpowiedzi na twoje pytania? Zamknij ryj i nie marnuj powietrza!”. Ale jak zwykle w takich sytuacjach bywa - nie miałem jaj by to zrobić. Na szczęście ta idiotka wysiadła szybko. Pewnie się nie spodziewała, że ten który stał spokojnie obsmaruje ją za parę dni w Internecie.
Obok stała jeszcze inna kobieta. Dawno nie widziałem tak ładnej kobiety. O matko, wpatrywałem się w nią jak w obrazek. Oczywiście pełna dyskrecja. Gdy się trochę napatrzałem to pożyczyłem od niej długopis i na pierwszej stronie “Dziennika” napisałem o niej wiersz (przeczytacie go tutaj). I tu podobna sytuacja: pożyczając mi długopis nie mogła przewidzieć, że piszę wiersz O NIEJ i wrzucę go do Internetu. Mam nadzieję, że poczuła by się z tym dobrze… Wysiadła we Wrocławiu. A szkoda, bo liczyłem że jest z Poznania, że zostanie moją żoną, urodzi mi mnóstwo dzieci i dożyjemy późnej starości. No cóż, może innym razem.

W końcu w ostatnią godzinę jazdy znalazłem wolne miejsce w przedziale. Zdrzemnąłem się i obudziłem chwile przed Poznaniem. Zamiast śniadania miałem resztkę Coca-Coli z automatu i dwie paczki paluszków Lajkonik po złotówkę za paczkę. W domu umyłem się i poszedłem spać. Cały tydzień między imprezami miotam się żeby to wreszcie napisać. Wreszcie skończyłem. Slayer potęga jest i basta!

Plakat Mystica

* * *

poniedziałek 4 czerwca 2007 , 10:49 przed południem

Łowienie pstrągów w Ameryce

Autor: Domator

Dawno książka mnie tak nie wciągnęła, przeczytałem ją w jeden dzień i uważam, że było świetna. Dawno, dawno temu na TheElder.net, jeszcze w pierwszym miesiącu egzystencji tej strony, napisałem krótki tekst na temat innej książki Richarda Brautigana. Była dobra, podobała mi się. Ale nie aż tak jak “Łowienie pstrągów w Ameryce”.

Okładka...Książka to luźno powiązane krótkie teksty, niektóre aspirują nawet do miana opowiadań. Czym jest tytułowe łowienie pstrągów? Za prostym by było, gdybym napisał, że książka opowiada o tym jak złowić porządnego pstrąga w jakimś amerykańskim strumieniu czy jeziorze.
Nie wiadomo bowiem o czym jest książka. Najtrafniej jednak będzie, gdy powie ktoś:
- Ta książka opowiada o Łowieniu pstrągów w Ameryce.
To co piszę nie ma sensu? Już tłumaczę.
W tej książce to tytułowe łowienie jest za każdym razem czymś innym. Raz, zwyczajnie, facet stoi przy strumieniu z wędką i łapie pstrągi. Innym razem, już mniej zwyczajnie. Łowienie pstrągów w Ameryce to np. nazwa hotelu, czy inwalida bez nóg, który prosi dzieci przed sklepem by pchały jego wózek. Jeszcze innym razem jest to przyjaciel narratora lub książka. Nietypowy zabieg, przyznacie sami.
Innym ciekawym zabiegiem, który zrobił autor jest okładka książki. Teoretycznie to każde wydawnictwo samo ustala sobie okładkę. Jeżeli książka jest tłumaczona i idzie na inne kraje to już w ogóle. Rzadko się zdarza żeby książka na całym świecie miała jedną okładkę. Właściwie to… nie znam takiej książki. Jeżeli znacie książkę, której okładka w każdym kraju wygląda tak samo to piszcie, ciekaw jestem. W każdym razie, Richard Brautigan chciał by każda jego książka miała tą samą okładkę. Niestety nie udało się to do końca. Spójrzcie na to zdjęcie. To zeskanowana okładka do pierwszego wydania książki (wzięta z Wikipedii). Teraz kliknijcie tutaj, a zobaczycie okładki tej książki z całego świata. Wszędzie (prawie wszędzie) przewija się jedno zdjęcie. TO z pierwszego wydania, przedstawiającego autora, jego żonę i pomnik Benjamina Franklina. Z tego szeregu wyłamują się w każdej edycji kraje takie jak Francja, Włochy czy Rosja. W prawie wszystkich krajach (nawet w Polsce!) pokazane jest jednak to słynne zdjęcie. Jest tak dlatego, że autor we wstępie je opisuje i tłumaczy co na nim jest a później w kilku opowiadaniach umieszcza pomnik czy cały ten plac.
Więc sami rozumiecie, że kto mądry z wydawców ten zdjęcie na okładkę wrzuci, chociażby i w takiej kiczowatej formie jak Niemcy (jedną z okładek zdobi t-shirt z nadrukowanym zdjęciem).
Polski wydawca to wydawnictwo Rebis, znane z serii “Kameleon”. Właśnie w niej wyszło “Łowienie pstrągów w Ameryce”. Wydawało mi się, że skoro książka jest w jakieś serii to powinna być podobna do reszty książek. Myliłem się. Tuż obok tekstów o prawach autorskich, numeru wydania czy ISBN czytamy, uwaga: “Czcionka i układ typograficzny książki nawiązują do jej oryginalnego wydania amerykańskiego”. Zrobione jest to naprawdę nieźle. Czcionka wygląda jak ta od maszyny do pisania (bardzo podobna do obecnej na tej stronie). Przedrukowano nawet kilka rysunków (np. rybka narysowana przez autora na dedykacji), ba, spolszczono nawet podpis pod listem, który to Łowienie pstrągów w Ameryce własnoręcznie podpisało. Naprawdę rozbrajająco wygląda coś takiego:
Twój przyjaciel,
Łowienie pstrągów w Ameryce (pisane jak długopisem).Okładka...

Książkę, jak już wspomniałem, czyta się szybko. Wręcz ekspresowo. Opowiadanie, które przekracza cztery strony to rzadkość, najczęściej pojawiają się takie na dwie. Sprawia to, że jest to idealna książka by wziąć ją do tramwaju, szkoły czy ubikacji. Nadaje się i na dłuższe sesje. Lubię taką uniwersalność. Jak trzeba to człowiek się skupia, jak nie bo ma tylko chwilę to czyta dwie strony, kładzie zakładkę na nowym opowiadaniu i wychodzi.

Kupując książkę (Niby trudno dostępna, ale jak już się gdzieś znajdzie to za małe pieniądza. Ja swój egzemplarz kupiłem za 5 zł) dostajemy coś napisanego i wydanego nietypowo, z pomysłem. To naprawdę dobra książka, powiedziałbym nawet, że jest rewelacyjna!

Ocena: 9/10

Riochard Brautigan, Łowienie pstrągów w Ameryce, wyd. Rebis 2000 Poznań, 20 zł

* * *

sobota 2 czerwca 2007 , 3:49 po południu

Adaptacja “Szmiry”

Autor: Domator

Albert Hammond Jr. napisał scenariusz do adaptacji “Szmiry” Charlesa Bukowskiego, która opowiada o prywatnym detektywie z Los Angeles, który rozmawia z Panią Śmierć oraz spotyka obcych. Będzie to “czarna komedia dla dorosłych”, wyjaśnia. Hammond pracował nad scenariuszem przez ostatni rok a obecnie stara się go sprzedać jakiemuś studio,chociaż nie do końca jest pewien swoich praw do tego. Hammond powiedział, że Linda Bukowski, wdowa, nie ma zaufania do prawników, więc oddała Hammondowi prawa do zarządzania scenariuszem, zgadzając się na podpisanie kontraktu ze studiem. Hammond zna budżet (trzy miliony dolarów to maksimum) i ma marzenie dotyczące obsady: “Już mam tych ludzi przed oczyma. Mam to w głowie - mógłbym to zrobić teraz.” (Nie powiedział o kogo chodzi.) Aczkolwiek Hammond nie ma oczekiwań, by stanąć za kamerą, nie ma intencji, by być głównym scenarzystą. “Nie chcę by ktoś zniszczył mój scenariusz. Nie sądzę by pozwolono mi być reżyserem, ale chcę być gdzieś na planie.”

- Źródło: New York Magazine

Co za informacja! “Szmira” to powieść Bukowskiego chyba najbardziej nadająca się na film. I to jaki! Wspaniale przekoloryzowany film w stylu noir.
Filmowcy coraz częściej i chętniej sięgają po Bukowskiego! Mieliśmy Johnego Deepa, który podjął się stworzenia animacji. W roku 2005 w “Factotum” zagrał Matt Dilon. W przyszłości czekają nas trzy filmy na motywach Bukowej prozy. Już kiedyś pisałem, że wykupiono prawa do “Listonosza”. Jeżeli dodamy te animacje i “Szmirę” to jest ot trójka, na którą warto czekać. Może to dziwne, ale najbardziej ciekawi mnie właśnie “Szmira”. Bo to nie będzie film tylko dla fanów książek, może on odnieś jakiś sukces, o ile umiejętnie przerzuci się to wszystko do książki. Jest to powieść, gdzie jest najmniej “Bukowskiego w Bukowskim” i chyba dlatego jest o wiele łatwiejsza do zekranizowania. Autor wyjął ze wszystkich słabych książek esencję i przelał ją na swoje kartki. A skoro miał świadomość z czym gra, to efekt zaskoczył wszystkich. Była to jego ostatnia powieść wydana za życia, więc fajnie jest mieć takie nietypowe pożegnanie. Na film czekam z niecierpliwością, bo cóż innego mi pozostało…

Dzięki za pomoc w tłumaczeniu, Burzol!

* * *

piątek 1 czerwca 2007 , 7:14 po południu

Beat Cinema, dzień 2

Autor: Domator
Jeżeli i dzisiaj nie wypali (chociaż to chyba złe słowo) to po prostu się załamię. Ale póki co jestem dobrej myśli…

Tak kończyłem swoją relację z dnia pierwszego Beat Cinema. I wiecie co? Było super! Wczoraj puszczono “tylko” trzy filmy. Za to ich długość starczyła nam na prawie dwie godzinki projekcji.
Wyświetlono film Pull my Daisy (nareszcie!) z polską ścieżką. Fajnie było usłyszeć dobre tłumaczenie tego filmu. Niektóre teksty niszczyły (”Zachowujesz się jak jakiś hipis”). Poprosiłem nawet organizatorów o ten tekst. Powiedzieli, że mogą wysłać na maila. Czy wyślą, to pokaże przyszłość. Niestety, tytułów następnych filmów nie podam, bo nie ma ich w programie. Ostatni był odczyt poetycki z Albert Hall. Publiczność reagowała jak na normalnym koncercie! Wielka hala, a w środku jeden mały poeta z mikrofonem na szyi, czytający swoje wiersze. Coś wspaniałego. Atmosfera totalnego luzu a jednocześnie widać skupienie nad zrozumieniem wiersza. Aż żal człowieka bierze, że urodził się tak późno.

Generalnie to co tu więcej pisać? Dzień drugi o wiele bardziej podobał mi się niż pierwszy. Najchętniej to bym oba dni zmiksował i poszedł na jeden, mocny dzień.
Nie było mnie też na afterparty po pokazie (pierwszy dzień - klub Dragon, drugi - Kisielice) więc może trudno mi jest wyłowić najpełniejszy obraz imprezy.

Ale grunt, że w ogóle takie coś jest organizowane. Miło posiedzieć na plastikowym krzesełku przed ekranem i posłuchać jak wielka szpula z taśmą się obraca. Miło posiedzieć wśród ludzi, z których tylko niewielki procent nie wie na co przyszło. I wreszcie, miło usłyszeć, że kolejne pokazy są W drodze…

Oby więcej takich imprez.

* * *







"Daj młodemu człowiekowi mapę do Nieba, a odda Ci ją jutro... poprawioną."
Fiodor Dostojewski
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress