Dość spóźniona relacja (5 dni od koncertu). Przepraszam, mam problemy z regularnym dostępem do Internetu.
Parę miesięcy temu zastanawiałem się co wybrać. Koncert grupy Heaven & Hell (reaktywowane Black Sabbath, tylko z Dio na wokalu) czy może Mystic Festival, gdzie główną gwiazdą będzie legendarny Slayer.
Nie trudno zgadnąć co wybrałem. Wziąłem sobie za i przeciw. No i wczoraj wróciłem ze Slayera. Można dyskutować co jest większą okazją i co się bardziej opłaca. Ale po co? Jakbym miał pieniądze, to pojechałbym na obydwa koncerty i jeszcze więcej.
Obudziłem się o wpół do szóstej. Pociąg do Katowic (z Poznania) miałem o 7:35. Czekało mnie, optymistycznie licząc, ponad 5 godzin jazdy. Rok temu, pod koniec lipca odwiedziłem już Katowice przy okazji zlotu KISS-Polska. Pociąg nadjechał punktualnie, było dużo miejsca itd. Miałem jakieś różne gadżety potrzebne do tego, by podczas podroży się nie nudzić. Zapowiadała się spokojna droga. W przedziale siedziałem z jednym mężczyzną, panował pełen spokój.
Aż wsiadła ekipa, która też jechała do Katowic. Ogi, Grzechu, Iwona i Bobek. I bogu za nich dzięki! Podróżowanie rzadko jest takie luźne i zwyczajnie wesołe. Gadaliśmy sobie, piliśmy piwko i czekaliśmy na Katowice. Pociąg pełen był takich jak my. Ekipa opowiadała o swoich przygodach koncertowych jeszcze z poprzedniego ustroju. Trudno się dziwić, najmniejsza różnica wieku między nimi a mną wynosiła 10 lat.
Gdy dojechaliśmy to zaraz szliśmy pod Spodek. Tam, jako że było jeszcze trochę czasu do wejścia. Usiedliśmy sobie i oglądaliśmy ludzi. W pewnym momencie przed oczyma stanęła mi znajoma postać. Tremayne! Czas zaraz szybciej przeleciał.
W między czasie, mój kolega z podróży - Grzesiek, poszedł kupić bilety. Był z żoną więc jego zadaniem było kupienie dwóch biletów na sektor siedzący. Podszedł do niego konik i Grechu został z dwoma biletami na płytę, kupionymi 10 złotych taniej. Postanowił je wymienić, na siedzące, w kasie, które były w tej samej cenie ale których nie było u koników (chodziło o 20 złotych). Konik sprzedał mu bilet z Mystica i z Ticket Pro. Niestety, w kasie wymieniano tylko i wyłącznie bilety Mysticowe. Grzechu nie chcąc opuszczać żony zostawił obydwa bilety na płytę aż w końcu zmuszony byłem z Mariuszem puścić je jakimś chłopakom po stówkę. Wreszcie można było kupić bilety na sektor. A nasz handlowiec był tylko 40 złotych w plecy…
Ok, wyobraźmy sobie że zakończyłem już swoje dysputy z Tremem (dzięki, że wpadłeś ziom, fajnie się gadało) i wszedłem do środka. Na początku ochrona przeszukuje plecaki, żeby wyjąć niebezpieczne przedmioty i… napoje! Nie tylko alkoholowe ale i jakieś pepsi, tymbarki etc. No ja tam swojej nie oddałem, wpierw tłumaczę ochroniarzowi, że to zero alkoholu, niech powącha albo nawet spróbuje a on, że nie i chowa butelkę pod ławkę. Odwraca się a ja z powrotem łapię butelkę i idę przed siebie. Uważam za dziwne, żeby zmuszać uczestników którzy i tak kupili już bilet do płacenia za szatnię i za napoje, tylko dlatego że wnoszenie napoi jest zakazane. Cóż, ludzie się wykosztowali na napoje, ja płaciłem za szatnię (2 zł).
To wszystko mało. Bo czymże jest wydanie groszy na szatnię albo kupienie sobie kufelka piwa czy kubka czegoś zimnego. Przecież już za parę godzin miałem zobaczyć Slayera! A oczekiwanie umilić mi miały inne zespoły.
Kolejność wchodzenia na scenę wyglądała następująco:
PANDEMONIUM 14:30 - 15:00
change over 15:00 - 15:20
ROOTWATER 15:20 - 15:50
change over: 15:50 - 16:10
BLOODSIMPLE 16:10 - 16:40
change over: 16:40 - 17:00
VIRGIN SNATCH 17.00 - 17.30
change over: 17:30 - 18:00
BEHEMOTH 18.00 - 19:00
change over: 19:00 - 19:30
CELTIC FROST 19:30 - 20.30
change over: 20:30 - 21:00
SLAYER 21.00- 22.30
I teraz opisze po kolei co i jak wyglądało, oraz jakie wrażenie na mnie zrobiło.
PANDEMONIUM - Nie widziałem :)
ROOTWATER - j/w
BLOODSIMPLE - Ni w ząb nic ta nazwa mi nie mówiła. Okazało się, że to kapela zagraniczna. Z tego co widziałem, to wśród publiczności nie była bardzo znana. Mi się tam podobali, może nie było to jakieś zjawisko na miarę wschodu słońca, ale potrafili nami na tej płycie ruszyć. Cały był obtatuowany, kazał robić hałas i pytał się, czyśmy są gotowi na Slayera. Jednak gdyby nie ten festiwal to prawdopodobnie nigdy bym ich nie odkrył. Inna sprawa, że nie porwali mnie aż tak, żebym kupował ich płytę.
VIRGIN SNATCH - Polski zespół, podobnie jak poprzednicy wcale mi nie znany. Podobali mi się mniej niż Bloodsimple, ale reszcie chyba bardziej. Wokal był dla mnie porażką, tak jak image zespołu. Ale to chyba rzecz gustu, bo jacyś zapaleńcy (ciągle ta sama ekipka bodajże trzech kumpli) stale krzyczeli: “Virgin Sntach! Virgin Sntach! Napierdalać! Napierdalać!”.
No i lider rzucał co chwila tekstami o Kaczyńskich i IV RP. Może nie jestem zwolennikiem, wręcz przeciwnie, ale te żarty po dwóch latach naprawdę nie śmieszą…
BEHEMOTH - Nadchodzi ciężka i wysoka liga! Fanem nie jestem, ale Behemoth w pełni zasłużyli na supportowanie Celtic Frost i Slayera. Chyba nie ma drugiego tak popularnego za granicą zespołu z naszego kraju! Chociaż powiem wprost - nie lubię ich muzyki. Nie bluzgajcie mnie tu proszę, za ostre klimaty jak dla mnie.
Byłem już trochę zmęczony po poprzednich zespołach. Wiedziałem też, że Behemoth da ostro po garach i kocioł pochłonie mnie do swojego wnętrza. A jak pochłonie, to nie wyjdę. Zrobiłem więc mały myk i prześlizgnąłem się pod nosem ochroniarza pod linką. Byłem na sektorze, mogłem swobodnie usiąść, do czasu aż ktoś się nie upomni o własne miejsce.
Siedząc na tyłku obejrzałem cały występ Behemotha. Chłopaki dają świetne show. Makijaże, długie płaszcze, odpowiednio udekorowana scena, buchanie ogniem i solo na perkusji (skojarzenia z KISS są dalekie, wierzcie mi, zupełnie inny typ występu). Ale muzyka, no nie mogłem przetrawić. Występ świetny, muzyka nie. I nic na to nie poradzę. Nie lubię i już.
Denerwowało mnie też to, że wokalista grając z zespołem w swojej ojczyźnie krzyczy do nas “hell yeah” albo “fuck yeah” albo “Poland!”. Rozumiem, że spędzają za granicą większą część roku, ale… no właśnie.
Aczkolwiek jego rozmowy są świetne. Ot, choćby ta z Golgotą :)
CELTIC FROST - O boże, co za szał! Znowu nie znałem zespołu, lecz tym razem wzięło mnie na całego. Lubię takie zespoły, nazwa gdzieś mi się wcześniej przewijała ale nie mogłem jej dopasować do wykonawcy. Dali niezłe show! Basista jest niezłym świrem i wymiataczem. Zrobili na mnie duże wrażenie, ludzie podzielili się na dwie grupy. Tych którzy narzekali i tych, którzy się wczuli. Byłem, rzecz jasne, w grupie drugiej. Super
SLAYER - Nie wiem, czy jest sen by coś pisać. Nie widziałem jeszcze koncertu Slayera, na którym zespół nie przyłożył by się do swojej roboty. Jeżeli wy taki widzieliście, to idę o zakład, że publiczność i tak szalała. Bo Slayer to naprawdę wielki format gwiazdy. Mam taką swoją świętą trójce metalu: Judas Priest, Anthrax i właśnie Slayer. Może jestem dziwny, bo z kolei nie lubię Iron Maiden czy Metallicy.
Stałem sobie na płycie i już upłynęło trochę czasu od poprzedniego artysty, więc zaczęło nas to wkurzać. Aż w końcu ktoś zaintonował: “KURWA MAĆ! ILE MAMY STAĆ?”. Po chwili cały spodek tak krzyczał.
Sprzętowi ustawili już ściane z Marshali, zmienili tło na okładkę Christ Illusion i posprawdzali instrumenty. Wyszedł zespół i zaczęło się robić jeszcze ciaśniej. Aż się przestraszyłem, że zasłabnę. Byłem wciśnięty między jakiś spoconych brudów :) Gdy na scenę wyszedł sam Kerry King to tłum oszalał. Cała płyta ruszyła naprzód, przed siebie. Współczuję tym przy samych barierkach, musieli mieć silne ręce żeby nie dać się zgnieść totalnie. Wytrzymałem w tym grajdołku może z cztery piosenki. Postanowiłem uciec na siedzące. Błąd? Trudno orzec, gdyż wszyscy napierali do przodu, a ja jeden debil do tyłu. Wleciałem w jakiś kocioł, poturbowali mnie. Brnę pod prąd dalej. Następny kocioł, znowu dostałem. końcu wyszedłem. Wytłumaczyłem ochroniarzowi, że zaraz padnę jak mnie nie wpuści i już siedziałem. Ale spałem! Ale byłem mokry! Coś wspaniałego! I cieszyłem się z tego moje wyjścia, bo gdy zaczęli grać Angel of Death to płyta przeszła samą siebie, byli ostrzejsi niż na Behemothcie!
Z mojej stojąco-siedzącej perspektywy mogę powiedzieć, że Slayer nie dość że był najlepszy to jeszcze najgłośniejszy, najbardziej męczący i wyciskający z publiki maksimum. I bardzo dobrze! Gdy następnym razem zawitają do naszego pięknego kraju to ja tam będę. Na pewno.
Potem czekał mnie powrót. Na dworcu pociąg do Poznania był tak zawalony, że czekaliśmy w nim pół godziny aż doczepia wagony. Wyglądało na to, że całą drogę sobie postoję. Byłem akurat obok przedziału w którym siedzieli dość mili ludzie. Miło się z nimi rozmawiało. Niestety nie każdy się nadawał. Kobieta obok mnie co chwila mówiła “O boże, jedźmy już”, “Dlaczego nie jedziemy?”, “Mamo, no jedźmy!”, “Ile jeszcze?”, “Dlaczego stoimy?”, “Ile mamy jeszcze stać?”. Miałem ochotę krzyknąć do niej: “Kobieto, skąd do cholery mamy znać odpowiedzi na twoje pytania? Zamknij ryj i nie marnuj powietrza!”. Ale jak zwykle w takich sytuacjach bywa - nie miałem jaj by to zrobić. Na szczęście ta idiotka wysiadła szybko. Pewnie się nie spodziewała, że ten który stał spokojnie obsmaruje ją za parę dni w Internecie.
Obok stała jeszcze inna kobieta. Dawno nie widziałem tak ładnej kobiety. O matko, wpatrywałem się w nią jak w obrazek. Oczywiście pełna dyskrecja. Gdy się trochę napatrzałem to pożyczyłem od niej długopis i na pierwszej stronie “Dziennika” napisałem o niej wiersz (przeczytacie go tutaj). I tu podobna sytuacja: pożyczając mi długopis nie mogła przewidzieć, że piszę wiersz O NIEJ i wrzucę go do Internetu. Mam nadzieję, że poczuła by się z tym dobrze… Wysiadła we Wrocławiu. A szkoda, bo liczyłem że jest z Poznania, że zostanie moją żoną, urodzi mi mnóstwo dzieci i dożyjemy późnej starości. No cóż, może innym razem.
W końcu w ostatnią godzinę jazdy znalazłem wolne miejsce w przedziale. Zdrzemnąłem się i obudziłem chwile przed Poznaniem. Zamiast śniadania miałem resztkę Coca-Coli z automatu i dwie paczki paluszków Lajkonik po złotówkę za paczkę. W domu umyłem się i poszedłem spać. Cały tydzień między imprezami miotam się żeby to wreszcie napisać. Wreszcie skończyłem. Slayer potęga jest i basta!