TheElder.net - Domator

czwartek 31 maja 2007 , 5:55 po południu

Beat Cinema, dzień 1

Autor: Domator

Wczoraj pełny nadziei na naprawdę dobry wieczór pognałem jak szalony do Starego Browaru na Beat Cinema.

Zaczęło się średnio. Pokaz odbyć miał się w studiu “Słodownia +3″. I bądź tu człowieku mądry. Wyszedłem na dziedziniec i trochę pobłądziłem. Jakiś facet palił papierosa oparty o pianino i po jego czerwonej kurtce stwierdziłem, że chyba tu pracuje. Pomyliłem się… W końcu znalazłem. Jak to często bywa, Słodownia znajdowała się w miejscu, w którego szukałem na samym końcu. Ale zdążyłem!
Na stoliczku, przy bileterze były eleganckie programy, mówiące co nas czeka. Trochę się przestraszyłem, bo razem ze mną w pokoju stały może z cztery osoby. Program może nie raził jakimś bogactwem wykonania, ale miło że w ogóle był. Wszedłem, jedno piętro, drugie, trzecie, jest. Ekran zawieszony pod sufitem, drewniana trybuna i plastikowe krzesełka. W sumie to czego wymagać więcej. Miękkich foteli? Mieli opóźnienie, ale na szczęście w krótkim czasie z czterech osób zrobiło się ich więcej. Nie było jak policzyć, a to już coś. Zapełnili prawie wszystkie miejsca. Ku mojemu zdziwieniu na przegląd nie przyszedł żaden geek z np. koszulką z wizerunkiem pisarza albo innym gadżetem. Czyli nie jest z tymi ludźmi jeszcze tak źle.

Program zaczęto ostro, filmem pod tytułem Towers open fire. Pan zapowiadający powiedział, że Pull my Daisy, na które szczególnie czekałem zostanie przesunięte na dzień drugi, czyli 31 maja (dzisiaj). Po Towers… puścili następny film pt. Divinations. Ten moim zdaniem był gorszy. Trzecim był film Love, Love, Love, pokazujący przemówienia w londyńskim Hyde Parku. W tle leciała muzyka The Beatles. Elary Abstractions 1-5, 7 nadeszło po chwili. Na tym etapie wymiękało najwięcej osób. Było to bowiem sześć animacji puszczonych do muzyki (znowu) The Beatles. Zaczęło mnie to nudzić, ludzie po prostu wychodzili (na szczęście nie wielu). Na końcu zaczęto puszczać filmy pana Christophera Maclaine’a. Niestety, odjechał by mi ostatni tramwaj gdybym na tym został (obejrzałem z cztery jego filmy, może pięć).

Bardzo podobało mi się to, że filmy nie były ściągnięte z Internetu i puszczone na laptopie. Panowie organizatorzy wykombinowali te filmy na normalnych taśmach i co film tą taśmę zmieniali. Duży plus! Niestety, głos czasami był średnio wyraźny. Dodatkowo brak polskich napisów sprawił, że pewne fragmenty były zwyczajnie niezrozumiałe.

Nie będę tego ukrywał - strasznie się wynudziłem. Wyobraźcie sobie, ja, z moim fanatycznym prawie usposobieniem do Beat Generation się nudziłem! Ale co zrobisz, widać, że literatura tego pokolenia strasznie różni się od kinematografii. Nie wiedziałem czego się spodziewać i stąd takie delikatnie niemiłe zaskoczenie. Wierzę, że dzisiaj będzie lepiej. Program zapowiada się ciekawiej. Za jakieś pół godzinki będę się ubierał i wychodził. Jeżeli i dzisiaj nie wypali (chociaż to chyba złe słowo) to po prostu się załamię. Ale póki co jestem dobrej myśli…

* * *

niedziela 27 maja 2007 , 12:40 po południu

Pierwsza komunia święta

Autor: Domator

Ale mi się smutno dzisiaj zrobiło. Dlaczego? Bo słyszę z mojego okna (mieszkam blisko kościoła) mszę z sakramentem pierwszej komunii świętej. Może wam się wydać to dziwne, ale mnie to przygnębia.

Pamiętam siebie w drugiej klasie podstawówki, gdy szedłem do komunii. Ciałem byłem w kościele, duchem przy moim nowym komputerze. I tak to działa. Dzieci cały czas myślą o komputerze, nie myślą za to o tym, co powinno być w tym dniu najważniejsze. Ja wiem, to dzieci i trudno się dziwić. Ale tak to wygląda, kiedy własnym dzieciom ograniczamy wolność. Uważam, że sprawa wiary powinna być sprawą indywidualną. Ja nie jestem człowiekiem wierzącym, dlatego też wypominam swoim rodzicom to, że mnie ochrzcili i skomunizowali. Chociaż wciąż wdzięczny jestem za komputer :)
Rodzicie wybierają za dziecko, to nie w porządku. Gdy to małe, co ledwo z łona matki wyszło, jest chrzczone a rodzice mówią za niego. Sprzeciwiam się temu (chociaż ja przecież gówno mogę)! Skazuje się to dziecko na wiarę, już do końca życia. Tak to wygląda, chrzest to sakrament nie do zmazania. Co innego ślub. Gdy dziecko zostaje ochrzczone to nie ma przed nim ratunku. Dotknął tej religii i jest nią napiętnowany na zawsze. A czy nie lepiej, żeby w wieku dojrzałym do podejmowania takich decyzji samo poddało się woli bożej? Chrzest wygląda wtedy lepiej, nie leje się bo buzi flakonikiem ale wrzuca człowieka do rzeki. A potem komunia, dojrzały człowiek, jeżeli faktycznie czuł by potrzebę obcowania z bogiem, przyjął by to z należytym namaszczeniem. A gdzie tam jakiś 9/10-latek myśli o ciału bożym gdy w domu na stole leży sterta kopert, w garaż stoi nowy rower a wujek chwilę temu odebrał od jubilera medalik.

Dzisiaj postanowiłem, pod wpływem tych biednych dzieci: Moje dziecko zostanie ochrzczone gdy dojrzeje, komunie sobie weźmie potem. Bierzmowanie, to już sam nie wiem, nawet go nie mam.
Znam tylko jedną osobę w moim wieku, która nie ma chrztu. Brawa dla rodziców, niech dadzą zdecydować wolnemu człowiekowi.

* * *

piątek 25 maja 2007 , 11:38 przed południem

30 lat Gwiezdnych Wojen

Autor: Domator

Niejeden stary fan patrzy teraz w kalendarz i nie wierzy. Nie jeden młody chwyta się za głowę gdy porównuje film z czasem. Ale to fakt, saga Gwiezdnych Wojen zamknęła za sobą trzecią dekadę. 25 maja, roku 1977 “Nowa nadzieja” (wtedy po prostu “Star Wars”) trafiła do kin. Czas zawsze leci cholernie szybko, więc i teraz nikt nie może się nadziwić. I niestety, tylko po fanach widoczny jest upływ czasu. Filmy się nie starzeją!

To fascynujące, że po tych 30 latach wciąż nie możemy sobie wszystkiego jasno podsumować. Wokół Gwiezdnych Wojen narosło niesamowicie dużo mitów. Piętno odciśnięte w popkulturze widoczne jest z daleka. Gdzie tkwi sekret Star Wars? Długo zadawałem sobie to pytanie, jeszcze w czasach gdy byłem naprawdę fanatykiem. Oglądałem te filmy dziesiątki razy, czytałem mnóstwo książek, a jeszcze więcej komiksów. Na mojej ścianie wisiały plakaty, w tornistrze miałem zeszyty a w kiosku pani odkładała mi naklejki, gazetki itp. Pani w bibliotece owijała mi wszystkie książki folią, by trudniej się niszczyły. W księgarniach przed zakupem spędzałem z dobrą godzinę na oglądaniu książki. Jej stan zawsze musiał być idealny, nie było innej opcji. Oglądałem okładkę nawet pod światło, by spojrzeć ile jest rys. Tak, to książki z tej magicznej serii, książki z Gwiezdnych Wojen sprawiły, że mam manię na punkcie stanu książki. Ludzie patrzą na mnie jak na fetyszystę. Jedni z obuwniczych oglądają pantofle, ja biorę do łap po trzy egzemplarze i je porównują.
Ale fanatykiem już nie jestem, patrzę na swoją dawną pasję troszkę trzeźwiej i już wiem, co sprawiło, że Star Warsy są aż tak popularne.
Sprawiła to prostota.
Tak! Nie dajcie się zwieść skomplikowanymi maszynami, niestworzonymi kreaturami i próżnią w której słychać wszystkie dogłosy. Gwiezdne Wojny są opowieścią czarno-białą. O dobrych i złych. Nie ma tam postaci szarych. Każdy w filmie przedstawiony jest albo w świetle korzystnym dla niego, albo w świetle niekorzystnym. Do tego cały cykl inspirowany jest niezliczonymi komiksami czy filmami. Niektóre odniesienia są wyraźnie, niektóre mniej. Gwiezdne Wojny to gigantyczne pole do nawiązań. Chyba to mnie teraz najbardziej w nich kręci. Te wszystkie smaczki, poukrywane przez reżyserów. Nie oglądam tych filmów w normalny sposób. Nie oglądam już bohaterów. Teraz oglądam ściany pomieszczeń, znaki na statkach czy ubiór bohaterów. Oglądam każdego statystę. I za każdym razem widzę coś nowego! Najpiękniejsze jest w tym to, że fani mają w tych szczegółach rozszerzenie swojego świata. Filmy to taka mała część świata SW. To tylko sześć epizodów, które chociaż ważne to w stosunku do reszty krótkie. Ja już sam straciłem rachubę w tym, ile jest książek, komiksów a ile gier. Wszystko to ma swoje miejsce w wielkiej gwiezdno-wojennej linii czasu!

Nie zapominajmy, że na wielkim światowym rynku nie istnieją tylko rzeczy opowiadające o historii tego wspaniałego świata. Gadżetów jest cały ogrom i potrafią zamienić życie fana w raj (lub piekło, jeżeli uprze się uzbierać wszystkie). Wyobraźcie sobie dowolny przedmiot codziennego użytku. Naklejcie na to logo Star Wars. Jeżeli potraficie, to znaczy że taki gadżet istnieje. Gadżetów nikt nie zdołał zliczyć a ich fantazyjność zaskakuje niejednego. W tym roku, w rocznicę, Lucas sypie gadżetami jak z kapelusza. A każdy fan nie może zasnąć, myśląc skąd wytrzasnąć pieniądze.

Dla mnie to fenomen. Cholerny fenomen. I jestem pełen podziwu dla tego wielkiego dzieła. Może to i filmy proste, a nowe części odbiegają strasznie poziomem od tych starych, ba, są nawet bardzo słabe (oj, tęsknię za czasami, gdy w dzień premiery leciało się po wszystkie codzienne gazety a Internet przeczesywało się poszukiwaniu różnych zdjęć. Znajdywało się różne foty z plany albo zabawne przeróbki [pamiętam tą z II epizodu z Bushem]. Potem czytało się pierwsze recenzje z jakiś zagranicznych pokazów). Ale co z tego. Obie trylogie mają zagrzane miejsce w historii filmów. Ot, dlatego że po prostu nazywają się Gwiezdnymi Wojnami. Inna sprawa, że były to filmy które często pokonywały bariery. Efekty z pierwszej nakręconej części były ówczesnym objawienie. Kto widział coś takiego w roku 77?! Wtedy królował KISS, Starsky & Hutch czy Aniołki Charliego a nie jakieś kosmiczne filmy o latających kartonach. George Lucas to zmienił. Bo jego statki nie wyglądały jak kartony.

Tak, mija trzydziesty rok, a gorączka wciąż trwa.

Władca Pierścieni? Piraci z Karaibów? Spider-Man? Te trzy wielkie ostatnimi czasy i szalenie popularne trylogie to naprawdę małe miki przy tym, czym są Gwiezdne Wojny. To olbrzym, który od 30 lat dzierży nieprzerwanie berło. Co tam Oscary, których saga nie zagarnęła, bo pokonywały ją wymienione wyżej filmy. Liczy się to, że fani Star Wars tworzą gigantyczną armię na całym świecie, a filmy zostawiły na nas swój ślad. I jeszcze nie raz zostawią. Każdy kolejny seans zostawia w nas coś nowego. To dlatego oglądamy się jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz…

Niech Moc będzie z Wami.

* * *

środa 23 maja 2007 , 11:38 przed południem

#101

Autor: Domator

To wielka i ważna chwila. Wpis na TheElder.net, który właśnie czytacie jest dokładnie sto pierwszym wpisem. Od sierpnia 2006 napisałem 101 notek. Juwenaliowa była równie setną.

Były to notki krótkie, długie, ciekawe, nudne, sensowne, bezsensowne. Opisywałem własne przeżycia, opinie na jakieś tematy, pisałem recenzje i podsyłałem szybko jakieś linki. Tak, jeżeli przeczytaliście kiedyś tą stronę od deski do deski to tekst przed waszymi oczyma zamyka pierwszą, legendarną setkę tekstów i otwiera następną.
Nie było to trudne, zwłaszcza, że w maju mam jakąś dziwną wenę na notki. Nie razi mnie bark komentarzy pod nimi, piszę i piszę. I i tak wiem, że parę osób to czyta.

Do zobaczenia w następnej setce. Następnym tego typu wpisem będą pewnie pierwsze urodziny, już w sierpniu!

* * *

niedziela 20 maja 2007 , 9:10 po południu

Juwenalia

Autor: Domator

W sobotę zahaczyłem o poznańskie Juwenalia na Malcie. To były moje pierwsze Juwenalia, wcześniej jakoś nie było okazji. Gdy zobaczyłem plakacik w tramwaju to naprawdę oniemiałem. Lista zespołów była imponująca, a w dodatku nie wymieniono na nim wszystkich. Zespoły które chciałem zobaczyć to Lao Che (ich płytę o Powstaniu Warszawskim słucham chętnie do dziś) i Homo Twist. Ze spokojem i po polsku. Niestety, gdy dojeżdżałem na miejsce Lao Che było już na scenie.
Więc zanim na scenę wszedł Maleńczuk z zespołem to ja zdążyłem ze znajomymi usiąść pod parasolami. Wspaniały klimat! Słońce świeci, piwo wchodzi jak rzadko i ludzie naprawdę świetni.

Jednak żeby wejść na pole, gdzie jest scena należy być pełnoletnim i nie mieć przy sobie alkoholu. Sprawa alkoholu jest dla mnie zrozumiała, niejeden nachlany łeb robił by za duży dym albo rzucał butelkami w artystów. Zresztą butelka to potencjalnie broń. Ale wiek? No nie wiem, zadeptają mnie? Skoro można chodzić po terenie Juwenali w każdym wieku to dlaczego pod sceną trzeba być w świetle prawa dorosłym?
Były bodajże trzy bramki, przy których sprawdzali czy masz dowód tożsamości i czy nie wnosisz alkoholu.

Pierwsza bramka:

- Stać - mówi ochroniarz. - Dowód jest?
- Nie ma - odpowiadam.
- A legitymacja?
- Jest. - I pokazuję.
- Przykro mi, nie wchodzisz.

Druga bramka:
- Stać - znowu to samo. - Dowód jest?
- I tak i nie.
- Co to znaczy?
- Jestem na drugim roku entologii na UAM - jestem diablo poważny.
- No dobra… Niech będzie… Właź.

I tak oto wbiłem na pole i parę metrów ode mnie grał sam Maleńczuk! Gdy podszedłem pod scenę (byłem przed samą barierką) otumanił mnie hałas. Wspaniałe przeżycie! Osób było co prawda pod samą sceną dość mało, ale sam Maleńczuk powiedział już na starcie, że Homo Twist nie ma trafiać do tłumu ale do pojedynczego słuchacza. Jedyne czego naprawdę mi było szkoda, to brak Titusa (szerzej znanego jako wokal i bass z Acid Drinkers). Bo lubię i Acidów i jego samego. A w połączeniu z Maleńczukiem mogło to dać naprawdę niesamowity efekt. Zachodziłem w głowę co się też mogło z nim stać aż na końcu koncertu M.M powiedział:
- Niestety, Titus jaki i większość moich znajomych przebywa w tym czasie na odwyku, więc tymczasowo mamy innego basistę.

I nikomu to nie przeszkadzało, gdyż basista grający na Malcie był po prostu dobry. Do tego co jakiś czas pił sobie Tyskie.
- Wasze zdrowie - mówi i pije.
- Zdrowie! - Drze się publika.
- A wy co?
- A my nie możemy…

No i sam Maciej Maleńczuk zrobił na mnie wrażenie. Koncert bardzo mi się podobał.

Zwijałem się zaraz potem. Po Homo Twist grał Hunter. Niestety, przepaść między tymi dwoma polskojęzycznymi zespołami była ogromna. Homo Twist pokazało, że polski może brzmieć dobrze. Hunter pokazał jak język polski brzmi bucowato w metalu.
Ale ludzie się bawili cały czas, a to było chyba najważniejsze…

* * *

piątek 18 maja 2007 , 7:05 po południu

Słyszę JEGO głos!

Autor: Domator

To totalnie niesamowite! Całe swoje marne życie myślałem, jakim głosem przemawiał Walt Whitman. Żył w XIX wieku, czy możliwe jest więc aby jego głos był gdzieś utrwalony? Chyba nie, myślałem. W końcu wczoraj, totalnym przypadkiem, wpadłem na stronkę The Walt Whitman Atchive, gdzie znalazłem mnóstwo zdjęć poety, poskanowanych rękopisów i… 36 sekundowego nagrania, gdzie czyta kawałek swojego wiersza pt. “America”. Szaleństwo!

This is a 36-second wax cylinder recording of what is thought to be Whitman’s voice reading four lines from the poem “America.” For more information on this recording, see Ed Folsom, “The Whitman Recording,” Walt Whitman Quarterly Review, 9 (Spring 1992), 214-16.

KLIKNIJ BY ŚCIĄGNĄĆ. To mocny materiał, XIX wieczny odczyt. Coś wspaniałego. Usłyszałem głos największego poety świata, to jakbym usłyszał samego boga.

* * *

czwartek 17 maja 2007 , 7:57 po południu

49 wierszy o wódce i papierosach

Autor: Domator

Zacznę takim ogłoszeniem: znalazłem wreszcie ulubionego polskiego poetę. A jest nim Marcin Świetlicki. Nie zrozumcie mnie źle, na pewno istnieje wielu dobrych polskich poetów. Ale oto poznałem twórczość człowieka, który patrzy na swoje nałogi inaczej, który kultywuje, czy raczej składa hołd, poezji która wymyka się w ram ustanowionych na uniwersytetach, co pokazuje już sam tytuł.
Gdy moja nauczycielka od niemieckiego wzięła (w sumie to wyrwała) mi książkę z rąk i spojrzała na okładkę, to powiedziała tylko: “Niczego innego się po tobie nie spodziewałam”. A ona głupia jest i nie wie, że nie ocenia się książek po okładkach. To, że na okładce jest flaszka wódki a z tyłu jest zdjęcie autora, który akurat ten płyn konsumuje to nie znaczy, że w środku pisze się tylko o waleniu gorzały w poetyckie gardło! Wiersze są na najróżniejsze tematy, podoba mi się w nich to, że nie są pisane równo. Wiersze są takie, że zrozumiesz je od razu. Po chwili jednak dostajesz wiersz tak skomplikowany, że parę razy stwierdziłem że wymiękam i nie bawiłem się w jakieś interpretacje.
Podoba mi się stosowanie dość współczesnych porównań czy zabiegów. Autor w wierszu pt. “McDonald’s” porównuje się do hamburgera. Z kolei w wierszu “I Wanna Be Your Dog” tłumaczy on kawałek piosenki Iggy Popa pod tym samym tytułem, robi nawet miejsce na solówkę gitarową, pisze swoją część i dalej daje refren Iggy’ego. Są wiersze, których zakończenia zaskakują jak np. wiersz “Casablanca”, albo “Co po wszystkim”.
Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, bo każdemu kiedyś wyłączono światło, zmieniono numer telefonu. Niejeden w życiu był pijany, niejeden pali papierosy. Przeczytajcie i sami coś znajdźcie. Ciekawe wiersze, bo autor nie ma ambicji by wznieś się na wyżyny słowne i duchowe. Autor pisze o życiowych sprawach prawie zawsze, i tylko czasem skomplikuje je w wierszu na swój sposób.
Na pewno sięgnę po więcej wierszy Świetlickiego, rzadko zdarza się polski pisarz (poeta!), który pisze w sposób lubiany przeze mnie.

Ocena: 7/10

49 wierszy o wódce i papierosach, Marcin Świetlicki. Wyd. Biuro Literackie, 2007. Wydanie II, poprawione. Cena: 19 zł.

Co najciekawsze, w tomiku naliczyłem 48 wierszy. Czyli jeden się zgubił :)

Okładka

* * *

wtorek 15 maja 2007 , 10:30 przed południem

Flash mob w Poznaniu

Autor: Domator

Flash mob w Poznaniu odbył się w sobotę, 12 maja. Akurat byłem na spotkaniu fanów Star Wars w okolicach Strzeleckiej, więc do Starego Browaru miałem blisko. Spodziewałem się sam nie wiem czego. Powinna być wam znana słynna reklama Xboxa, która zapoczątkowała falę Flash moba na świecie. W założeniu to co odbyło się w Poznaniu miało wyglądać jak na tej reklamie. Niestety, życie kontra aktorzy i ćwiczone układy pokazuje jasno, że w rzeczywistości nigdy nie wypadnie to tak dobrze jak na reklamie. Zaczęło się punktualnie o 14:00, jak to wyglądało możecie zobaczyć poniżej:

Jak dla mnie to przede wszystkim osób było za dużo, a element zaskoczenia skutecznie zniszczyły komunikaty w Starym Browarze, radio i telewizja! Według mnie, to następnym razem nie powinno być to tak głośno reklamowane. Jak widać na filmiku powyżej, to zamiast mierzyć do siebie bronią jakiś kretyn się pośpieszył i zaczął strzelać. Zrobił się kocioł. Ludzie zaczęli się kłaść by po chwili wstać, a nie którzy wciąż się strzelali. Ja słyszałem, że strzela się aż nie pozostanie ostatni żywy. Jacyś ludzie przyszli podobno wcześnie, by mieć dobre miejsce i długo się opierać atakom przeciwników.

Czyli ogólnie - porażka, jakich mało.

* * *

poniedziałek 14 maja 2007 , 6:58 po południu

roll the dice

Autor: Domator

Wzorem Burzola (tylko ode mnie naplagiatował, że teraz ja mu jakiś pomysł podwędzę), który co jakiś czas wkleja ciekawe teksty i cytaty, wrzucę dzisiaj prze-wspaniały wiersz, bo chociaż na poezji się nie znam to wiem co mi się podoba. Ten wiersz zmienił moje patrzenie na to, co robię.

roll the dice

if you’re going to try, go all the
way.
otherwise, don’t even start.

if you’re going to try, go all the
way.
this could mean losing girlfriends,
wives, relatives, jobs and
maybe your mind.

go all the way.
it could mean not eating for 3 or 4 days.
it could mean freezing on a
park bench.
it could mean jail,
it could mean derision,
mockery,
isolation.
isolation is the gift,
all the others are a test of your
endurance, of
how much you really want to
do it.
and you’ll do it
despite rejection and the worst odds
and it will be better than
anything else
you can imagine.

if you’re going to try,
go all the way.
there is no other feeling like
that.
you will be alone with the gods
and the nights will flame with
fire.

do it, do it, do it.
do it.

all the way
all the way.

you will ride life straight to
perfect laughter, its
the only good fight
there is.

- Charles Bukowski

* * *

sobota 12 maja 2007 , 5:13 po południu

Beat Cinema

Autor: Domator

W ramach przeglądu Beat Cinema zaprezentowane zostaną filmy stworzone przez artystów związanych z ruchem bitników. Filmy tak różne jak postawy uczestników ruchu - inspirowane Wschodem animowane abstrakcje Harry Smitha, kolażowe eksperymenty Williama Burroughsa i Antony Balcha czy krótkie arcydzieła Christophera Maclaine, o których Fred Camper napisał:

Obejrzalem te filmy 20 razy w ciągu ostatnich 30 lat
i czuję jakbym dopiero zaczynał dotykać ich wielkości.

Przegląd uzupełnią dokumenty o ruchu oraz najważniejszy film bitnikowski - Pull My Daisy autorstwa Roberta Franka oraz Alfreda Lesllie na podstawie scenariusza Jacka Kerouaca, w którym wystąpili m.in. Allen Ginsberg, Gregory Corso i Peter Orlovsky.

Program:

30.V 20:00 Program I

Alfred Lesliie: Pull My Diasy
Balch / Burroughs: Towers Open Fire
Storm de Hirsch: Divinations
Mike Nyman: Love, Love, Love

30.V 21:15 Program II
Christoper Maclaine: 4 films

31.V 20:00 Program III
Filmy dokumentalne o Beat Generation

31.V 21:30 Program IV
Ron Rice: Senseless
Harry Smith: Early Abstractions

30-31.V.2007 (środa-czwartek) 20:00 | Studio Słodownia + 3
Bilety 15 zł / dzień | Karnet 25 zł

* * *

Tak, długo czekałem na podobny festiwal i jak tylko wypatrywałem info o takowym to okazywało się, że to w innym mieście. A tu proszę, Stary Browar organizuje u siebie coś takiego. Dla mnie to wspaniała wiadomość. Wreszcie ujrzę takie dzieła na wielkim ekranie (inna sprawa, że widziałem tylko niewielką część z tego)!

Dzisiaj gdy byłem w Starym Browarze (tak, na słynnym Flashmob, o którym napisze wkrótce) na ekranie mignął mi Kerouac a potem Ginsberg. Stałem jak osioł i czekałem aż informacja pojawi się znowu. Potem pognałem do punktu info i dostałem to, co właśnie czytacie. Będę tam na pewno.

* * *
Starsze wpisy »







"Gdybym zjadł zupę ugotowaną na alfabecie, wysrałbym lepsze teksty niż te."
Johnny Mercer
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress