TheElder.net - Domator

sobota 28 kwietnia 2007 , 11:38 przed południem

W drodze. Poeci pokolenia beatników.

Autor: Domator

Hans-Christian Kirsch jest autorem biografii wielu znanych osób (m.in. Simone Weil, Sylvii Plath, Che Guevary, Waltera Benjamina), jednak książka o przedstawicielach pokolenia beatników jest w jego dorobku utworem szczególnym. Jej bohaterowie (Neal Cassady, William S. Burroughs, Allen Ginsberg, Jack Kerouac) są czołowymi postaciami tego nieformalnego ruchu kulturowo-literackiego. Łączyło ich bardzo wiele – przede wszystkim przyjaźń i literacki talent. Odrzucali konsumpcyjny styl życia; rozczarowani wartościami pokolenia rodziców, poszukiwali sensu swojej obecności na świecie poprzez poszerzanie własnych horyzontów, stąd zamiłowanie do podróży, filozofii Wschodu, jazzu, ale także alkoholu i narkotyków.

Kirsch opisuje życie każdego z pisarzy, ich wspólne podróże i wzajemne fascynacje, a także przedstawia historie powstania kultowych już dzieł, m.in. W drodze Kerouaca i Nagiego lunchu Burroughsa. Pierwsza z tych książek zajmuje u Kirscha miejsce szczególne, ponieważ to w niej Kerouac w zbeletryzowany sposób opisał przyjaźń całej czwórki, a jednocześnie scharakteryzował pokolenie, które bezpośrednio przyczyniło się do powstania ruchu hipisowskiego w latach 60. Powieść została również uznana przez brytyjski magazyn „Uncut” za najważniejszą książkę spośród długiej listę publikacji, płyt, filmów i programów telewizyjnych, które zmieniły świat. W produkcji jest obecnie film będący adaptacją tego utworu Kerouaca w reżyserii Waltera Sallesa (autora takich filmów jak Dzienniki motocyklowe czy Dworzec nadziei oraz współproducenta Miasta boga), jego producentem jest Francis Ford Coppola.

Takich książek w Polsce za wiele nie ma, ba, jest to chyba nawet pierwsza tego typu publikacja w naszym kraju! W takim USA biografii Beat Generation czy poszczególnych pisarzy jest mnóstwo. Skoro to pierwsza biografia beatników w rekach polskiego czytelnika to wręcz emanuje od niej świeżością. Kto wie, czy gdyby nie to, że takich książek po prostu więcej nie ma to czy w ogóle byśmy na nią spojrzeli. Wszak na tej płaszczyźnie prym wiedzie Barry Miles. Co nie znaczy, że książka Kirscha jest zła, bo nie jest. Owszem, on nie może się równać z Milesem, jego styl momentami kuleje, ale nie zgodzę się z opiniami że książka niczego ze sobą nie niesie. Niesie i to dużo, a na naszej Polskiej pustyni jest to nawet bardzo dużo! Tajemnica jednak pozostanie dla mnie, dlaczego wyd. Iskry postawiło na tą książkę, a nie na coś słynniejszego i lepszego. Lepszy rydz niż nic, pamiętajmy.
W drodze.
“W drodze. Poeci pokolenia beatników” jest też cholernie smutną książką. Każde pokolenia ma jakiś przedstawicieli uważanych za czołowych, najważniejszych i najsłynniejszych. Stracone pokolenie szczyci się osobistościami takimi jak na przykład Ernest Hemingway. Pokolenie Hippisów, Dzieci Kwiatów itp. ma ludzi takich jak Tom Wolfe czy Ken Kesey. Ale co było na świcie między straceńcami a kwiatami? Pokolenie beatu, Beat Generation.
Mówi się, że bitnicy to nie żadne pokolenie tylko zwyczajna grupa literatów. Hans-Christian Kirsch pokazuje czytelnikowi, że cały ten beat to pokolenie. I to nie pierwsze lepsze ale pokolenie które dużo zrewolucjonizowało i stworzyło mocne fundamenty dla następnego pokolenia, buntującego się przeciw wojnie w Wietnamie i kojarzonego głównie z busem-ogórkiem i kolorowymi ciuszkami.

Na początku książki przedstawia nam się cztery postacie i ich dzieciństwo. Po pierwszej części książki trudno uwierzyć, że bohaterowie poszczególnych podrozdziałów będą kiedyś przyjaciółmi i zapiszą się w historii.
Mamy chłopca z dobrego domu z historią, który ma na starcie otwarta drogę do dobrych uniwersytetów i zanosi się, że odziedziczy sporą fortunę w akcjach firmy dziadka (Burroughs).
Mamy chłopca z typowego mieszczańskiego i chrześcijańskiego domu, gdzie wszyscy wypełnieni są uprzedzeniami do czarnych i do żydów (Kerouac).
Mamy chłopca, który dzieciństwo spędza w przytułkach w towarzystwie swojego ojca włóczęgi (Cassady).
Wreszcie mamy chłopca, który przeżywa dramat związany z chorobą psychiczna matki, który pochodzi z żydowskiej rodziny i który zwyczajnie odkrywa w sobie geja (Ginsberg).

W tej książce jest to, co zawsze ciekawiło czytelnika książek spod pióra BG. Ile w nich prawdy a ile w nich fikcji. Kirsch opowiada jak powstawał “Skowyt”, dlaczego Burroughs zaczął pisać “Nagi lunch”, czym różni się Cassady prawdziwy od Cassady’ego przedstawionego w “W drodze” i ile właściwie razy owa książka była zaczynana od nowa. Dowiemy się też w jakich okolicznościach powstawały te bez wątpienia ważne utwory i jak zostały przyjęte tuż po ich wydaniu. Dowiemy się nawet jak poszczególni bitnicy odnoszą się do pisarstwa swoich przyjaciół.
Przeżyjemy razem z bohaterami ich literackie fascynacje. Whitman, Szekspir czy Celine padają tam często.

Przez całą książkę miałem wrażenie, że autor wyraźnie uwielbił sobie Jack’a Kerouaca i to jego przedstawia czytelnikowi w najlepszym świetle. Z kolei wydawało mi się, że nie lubi Ginsberga. Spowodowane to było tym, że autor wnikliwie analizował twórczość autora “W drodze” a po łepkach poleciał po “Kadyszu”. Całe to spojrzenie mi się zawaliło gdy pod koniec autor sam przyznaje, że jego ulubionym bitnikiem jest Burroughs. Niemniej autor, co widać, siedzi w temacie i potrafi niejedno dzieło zanalizować w sposób odmienny od czytelnika. Na przykład jego interpretacja “Nagiego lunchu” była inna niż moja :)

Dlaczego napisałem na początku, że jest to książka smutna? Gdyż przyjaźnie, które zawiązywały się w sposób dziwny rozpadają się z powodów, które nie raz zadziwią czytelnika. Najbardziej dziwi upadek Kerouaca, który rozpijając się obraża swoich przyjaciół dawno - wydawało by się - zakopanymi uprzedzeniami wyniesionymi z rodzinnego domu. Nie odwiedza Cassady’ego w więzieniu, wypisuje w liście do Ginsberga że nie wypada mu zadawać się z żydem. Przed wywiadem telewizyjnym pijany prosi Ginsberga o towarzystwo i dodanie otuchy. Ginsberg odpowiada, że poczeka przed studiem. W tym czasie Kerouac pijany mówi dziennikarzowi, że nie warto łączyć nazwiska Kerouac z nazwiskiem Ginsberg. Wzrusza nawet pewna zaduma i zrozumienie Ginsberga, który żegna się z przyjacielem słowami “żegnaj pijany duchu” i odchodzi.
W końcu Kerouac spędza osiem lat z butelką Whisky przed telewizorem i z długami które pozaciągała u niego rodzina. Umiera. Wcześniej na wiadomość o śmierci Cassady’ego sam mówi, że niedługo dołączy tam gdzie Neal i będą szczęśliwi.
Ksiązkę kończy opis recytacji przez Ginsberga o Dylana tomu “Mexico City Blues” autorstwa Jack’a. Siedzą przed grobem i gdy kończą Bob Dylan chowa do kieszeni liść z gorobu pisarza. Z tym zostawia nas autor książki.

Najbardziej ciekawe w tej książce jest to, że dopiero po chwili od przeczytania dociera do człowieka, że to nie kolejna fikcja którą zawsze w książkach bitników śledziliśmy. Dociera do człowieka, że to prawda. I to przybija.
Chociaż końcówka jest bardzo mocna to brakowało jakiegoś epilogu opisującego dalsze życie i wreszcie śmierć pozostałych dwóch bohaterów.. Było o czym pisać. Ekranizacja “Nagiego lunchu”, występy Ginsberga z McCartneyem i wiele innych. Tego zabrakło, ale i bez tego jest świetnie.
Dziś bitnicy roją nam się jak trochę naiwni, zbyt poważni i przeidealizowani. Ale bądźmy szczerzy, któż po przeczytaniu “W drodze” nie marzył chociaż przez chwilę udać się w nieskrępowaną niczym podróż po kraju. Kto nie odpalił jakieś jazzowej płyty?
Idealna książka dla tych którzy interesują sie nie samą historią opowiedzianą w książkach, ale także kulisami tej historii, kulisami wydawniczymi i postaciami autorów. Polecam.

Ocena: 7+/10

“W drodze. Poeci pokolenia beatników.”. Hans-Christian Kirsch, wydawnictwo Iskry 2006.

* * *

niedziela 22 kwietnia 2007 , 11:38 przed południem

Nagi lunch (film)

Autor: Domator

Bill Lee jest pisarzem pracującym jako dezynfekator. Pewnego dnia odkrywa, że jego żona odurza się proszkiem do zwalczania karaluchów i postanawia sam tego spróbować. Przenosi się do Interstrefy, gdzie wreszcie odnajduje wenę twórczą. Interstrefa jest zamieszkiwana przez różnego rodzaju stwory, a sam Lee pisze swoje teksty na gadającej maszynie do pisania w kształcie karalucha.

“Nagi lunch” okazał się ostatnią książką, której ekranizacje potrafił bym sobie wyobrazić. Po przeczytaniu zrozumiałem, że David Cronenberg zrobił albo mega gniot, albo arcydzieło albo podszedł do adaptowania książki z dużym dystansem i co najważniejsze z pomysłem. Po obejrzeniu już wiem, że w grę weszła opcja numer trzy.
Nagi lunch
Wyobraźcie sobie ekranizację jakieś książki. Nie, wyobraźcie sobie film zrobiony na motywach jakieś książki. Czytelnik rozpoznaje motywy (pewne teksty, sceny itp.) ale nie rozpoznaje jak ciąg zdarzeń ma się do tego co w książce. Dopiero po czasie dochodzi do niego, że owe motywy są wspaniale powkręcane w film, który można interpretować jako osobną historię, uzupełnienie książki czy coś współgrającego z nią.
Zabieg który wykonał Cronenberg wbił mnie w ziemię. W filmie jesteśmy świadkami pisania “Nagiego lunchu”! Wpierw oglądamy sceny, których nie było w książce. Pewien tępiciel robactwa - William Lee - podczas rutynowej roboty w czyimś mieszkaniu zmuszony jest przerwać swoją pracę gdyż kończy mu się przeznaczony do trucia karaluchów proszek. Szefostwo bardzo skąpo wydziela specyfik swoim pracownikom. Jest to bowiem perski piasek, od którego już nie jeden się uzależnił i wyciągnął nogi. Lee podczas spotkania ze swoimi przyjaciółmi zostaje wyśmiany, że problem zanikania specyfiku leży bliżej niż on sam myśli, że najciemniej pod latarnią i że warto spytać żony. Szybko się okazuje, że żona szprycuje się proszkiem do zwalczania robactwa. Szybko też sam William zaczyna używać specyfiku. To sprawia, że policja przedstawia mu zarzut narkomani i zatrzymuje na komisariacie by przesłuchać. Lee próbuje udowodnić im, że ten proszek służy tylko i wyłącznie by walczyć z karaluchami. Funkcjonariusze podstawiają mu pod nos wielki karton z którego wychodzi ogromny karaluch. Po wyjściu funkcjonariuszy robal zaczyna z nimi rozmawiać. Co prawda Lee w końcu zgniata go butem i ucieka z komisariatu, ale już po paru dniach spotyka innego wysłannika - Mugwumpa - który werbuje go na agenta w Intersferze, gdy policja depcze Williamowi po piętach. W ciągu tych paru dni dodatkowo zabija swoją żonę metodą Williama Tella (Burroughs zabił swoją żonę w identyczny sposób, oczywiście nie na umyślnie) więc długo się nie zastanawia, bierze od obcego bilety na klasę turystyczną. Po wytrzeźwieniu bilety okazuję się fiolką perskiego proszku. Widać tylko takimi metodami można do tej krainy trafić.
Na haju dowiaduje się od swojej maszyny do pisania (zmienia się w karalucha i podobnie jak robak z komisariatu tak i ten z nim rozmawia), że jako agent ma zadanie spisywania raportów. Pierwszy raport dotyczy śmierci jest żony. Potem przychodzi pierwsza misja. Ale nie ma co się rozpisywać, jeżeli zdradzę tą większą i tą bardziej zaskakującą część fabuły to zwyczajnie zepsuję potencjalnym czytelnikom tego tekstu radochę z oglądania filmu. Bo akcja nie raz potrafi wywinąć widzowi i głównemu bohaterowi niezły numer. Podczas całego tego pobytu w Intersferze powstaje właśnie “Nagi lunch”, którego fragmenty czyta Lee bądź jego przyjaciele na głos. Można się więc domyślić, że Cronenberg postawił na luźne w interpretacji rozszerzenie książki. Wspaniały pomysł.

Film zrobiony jest pięknie. Swoją premierę miał w roku 1991. Dlatego też widz nie jest zasypany lawiną efektownych i wysadzonych w kosmos efektów specjalnych. Klasyka. Każdy obcy to aktor w kostiumie, a nie komputerowy twór. Owszem, komputery czynią cuda ale gumowe - nie rażące oczywiście po oczach - kostiumy zwyczajnie tworzą klimat.
Podoba mi się to, że film jak książka - zaskakuje. Czasem nawet rozbraja, nie wie człowiek co myśleć. Tak jest na przykład z końcówką filmu. Gdy na ekranie pojawiły się napisy to pomyślałem “Jak to? Już? Wow!”.

Po prostu, “Nagi lunch” jako film który otwarcie mówi o swoich książkowych korzeniach nie przytłacza tych co książki nie mieli w rękach ale z drugiej strony pozwala czytelnikom znaleźć kilka kawałków. W przeciwieństwie do książki w filmie fabułą zarysowana jest bardzo wyraźnie, z łatwością widz odbierze film jako jedną historię z książką jako ze zbiorem kilkunastu scen będzie krótko. Miałem rację pisząc, że trudno sobie wyobrazić ekranizację “Nagiego lunchu”. Po jej obejrzeniu wiem, że wierna adaptacja tej książki jest zwyczajnie niemożliwa. Chciało by się przeczytać książkę, obejrzeć film i przeczytać książkę, ale to może być dla nas za dużo. Poprzestańmy więc na tym filmie, ciekawym, zaskakującym, zrobionym w taki sposób, że aż chce się obejrzeć “Making of Naked lunch” lub coś w tym stylu. Zdecydowanie polecam.

Ocena: 9/10
Punkt więcej od książki za inwencję twórców, za zrozumiałość i za to, że i bez książki ten film jest świetny. Wciąż jednak miał bym problemy ze stwierdzeniem czy to książka góruje czy może film.

Burroughs i filmowy Mugwump
W. S. Burroughs ściska prawicę filmowego Mugwumpa. Moment połączenia literatury i filmu.

Zobacz też: Zobacz też: Nagi lunch (książka)

* * *

piątek 20 kwietnia 2007 , 8:00 przed południem

Nagi lunch (książka)

Autor: Domator

Książek o narkotykach napisano mnóstwo. Pierwszym tytułem jaki przychodzi mi do głowy jest “Pamiętnik narkomanki” pani Rosiek. Drugim były “Dzieci z dworca Zoo” . Pierwsza okropnie mnie znudziła a i pamiętam jak wiele scen było dla mnie obrzydliwych. Ot, chociażby scena w której bohaterce kroją twarz żyletką. Za wiele, jak na dziecko ze szkoły podstawowej.
Te czasy już minęły, wielu słów trzeba by coś w literaturze spowodowało u mnie torsje. Po czasie stwierdzam, że pisanina Rosiek to wielkie zero przy twórczości Williama S. Burroughsa. To młodzieńczy zryw licealistki z biednego kraju za żelazną kurtyną kontra doświadczenie człowieka niesamowicie mądrego żyjącego w czasach największych przemian kulturalnych w USA, który swoją wiedzę na temat używek przelał na karty “Ćpuna” by potem efekt zażywania podać czytelnikowi w “Nagim lunchu”.
“Ćpun” był debiutem Burroughsa, to pisanie o tym jak się zdobywało pieniądze na towar i sam towar. Jak się szukało dealerów, gdzie i jak zażywać. Pobyty na odwyku, w więzieniach i przygody z policją. Nowe ustawy robiące z narkomanów osoby ordynarnie łamiące prawo i zasługujące na masowe, społeczne potępienie.
Nagi lunch
“Nagi lunch” jest drugą książką W. S. ale zupełnie inną. Tutaj już mamy człowieka zażywającego pełną gębą. Doświadczenia z “Ćpuna” są wyeksplorowane do pełna, nie ma niczego nowego do odkrycia, lecz dalsze brodzenie w tym samym.
Czas uciekać. Gdy Burroughs figuruje już w kartotekach większości stanowych wydziałów antynarkotykowych, gdy nie można już kupić działki bez “ogona” i gdy wizyty w mieszkaniu agenci składają średnio dwa razy na tydzień nie pozostaje człowiekowi nic innego niż ucieczka. Wybiera Tanger w Afryce Północnej. Azyl dla każdego, komu grunt palił się pod stopami. Między narodowa strefa z nieznacznymi wpływami czterech krajów (USA, Wielka Brytania, Francja i Hiszpania). Tanger przyciągał zarówno margines, renegatów, najgorsze ludzkie twory. Z drugiej strony swoje siedziby mieli w nim arystokraci i artyści. Zaletą Tangeru było bez wątpienia przyzwolenie na oddawanie się rozrywkom i nałogom w innych częściach świata zakazanych. Pierwszym powodem były, rzecz jasna, narkotyki. Drugi to możliwość rozwinięcia swoich biseksualnych skrzydeł. Burroughs zafascynowany był przemocom i seksem co doskonale widać w “Nagim lunchu”.

Kiedyś pewien krytyk literacki napisał o powieści “W drodze” Kerouaca coś mniej więcej takiego: “Trudno znaleźć w tej książce chociażby cień fabuły”. Skoro takie spostrzeżenie towarzyszyło mu w równie napisanej książce, która nie była żadnym ekscesem to strach pomyśleć co napisał by właśnie po “Nagim lunchu”. Konia z rzędem daję temu kto mi tą fabułę znajdzie tylko po lekturze. Ja nie znalazłem. Cała książka to ciąg dziwnych wizji. Tu po uprawiają seks, tam zażyją jakiegoś prochu a tam poddadzą kogoś dziwnym badaniom. Tak, gołym okiem widać, że książkę pisano pod wpływem. Po zażyciu narkotyków wg. autora powstawały tylko notatki. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić w jakim stopniu te notatki należało przerabiać i do jakich zabiegów się uciekać, by zręcznie przerobić je w całość zawartą w książkę. Całość? Tu nie ma całości! Gdyby wydzielić każdy z podtytułów i podać osobno to wszystko wyglądało by tak samo jak złożone razem. Nie mylił się wcale Allen Ginsberg, przyjaciel Burroughsa, twierdząc że w “Nagi lunch” można wczytywać się w nieskończoność. W rzeczy samej, ta książka otwiera drogę do miliona interpretacji. Chociaż niektóre fragmenty są całkiem jasne, i są jakby próbą nawiązania jakieś ciągłej historii. Zaraz jednak jest to gaszone i wracamy to chorych wizji. To jedyna książka, pisana w tak niezrozumiały sposób a jednocześnie nie odpychająca ale wciągająca dalej. W przypadku innej tak zwanej prozy poetyckiej (czy “Nagi lunch” to proza poetycka czy nie to kwestia nazewnictwa, na pewno wiele nie zrozumiałych fragmentów nie zostało napisanych na trzeźwo w przeciwieństwie do innych książek jak np. “Piękni przegrani”) szybko książka mnie odrzucała.

Ja wytrzymałem, podobało mi się, ryło po głowie. Ludziom z czasów lat 50 i 60 XX wieku podobało się chyba mniej. Książka była powodem głośnych procesów sądowych. Zacytuję blog.literacki, który opublikował kiedyś świetny tekst na ten temat:

Dosadność i obsceniczność „Nagiego lunchu” nie mogła jednak pozostać niezauważona. Książka wywołała skandal obyczajowy w purytańskich Stanach Zjednoczonych. Stała się ostatnim w USA dziełem literackim zakwestionowanym i uznanym za twór obsceniczny. Na przełomie lat 50 i 60 amerykańscy celnicy wielokrotnie konfiskowali egzemplarze powieści. Władze nie zgadzały się na jej kolportowanie i w końcu wytoczono Burroughsowi dwa procesy. Powieść uznano w 1965 roku za obsceniczną, a sędzia nazwał ją bezwartościowym śmieciem napisanym w dodatku przez człowieka nienormalnego. W dalszej kolejności sprawą zajął się Sąd Najwyższy stanu Massachusetts. Sędziowie nazwali „Nagi lunch” utworem skrajnie obraźliwym, ale nie uznali książki za całkowicie bezwartościową. Ostatecznie powieść dopuszczono do sprzedaży na terenie stanu, ale nie wolno jej było reklamować jako książki kontrowersyjnej obyczajowo (sic!).

Sam Burroughs uznał proces za farsę i odmówił w nim udziału.

O Williamie S. Burroughsie można by jeszcze pisać dużo. Człowiek (powtórzę) niesamowicie mądry, uważany za najwybitniejszego pisarza z beat generation a czasami nawet odsuwany od tego ruchu przez to, że jego twórczość zawsze mówiła o czymś innym i jakby ważniejszym niż reszta bitników. Odsuwanie go nie ma sensu, Burroughs był bitnikiem, jednym z symboli tego ruchu i zostawił po sobie kilkanaście książek z których nie wszystkie mówiły o narkotykach czy seksie. Zniżenie jego twórczości tylko do słów “ćpanie” i “seks” było by obrazą. Zaczął co prawda książką o ćpaniu ale skończył ambitną wg. krytyków nowelą na temat upadku ludzkości przez brak poszanowania dla praw natury. Można rzecz, że w większości książki oscylowały wokół: Totalitaryzmu, homoseksualizmów, przemocy, narkotyków czy wojny. Nie brakło w nich niesamowicie wnikliwych obserwacji, które czasami przygniatają swoją prawdą. Zacytuję:

Uważam, że chrześcijańskie pojęcie grzechu jest przekleństwem, które sprowadziło na świat nieszczęście.

- Z listu do A. Ginsberga, 18 sierpnia 1954.

To tylko mały wycinek, jeden tekst. Mądrości tego typu gęsto ozdabiały jego listy czy zapiski. Nie silił się by wymyślić je na potrzeby swoich książek. Po prostu jego wnikliwy zmysł obserwacji wyłapywał to i przelewał przy najbliższej okazji.

Pojawił się na okładce płyty The Beatles, nagrywał z Curtem Cobainem i innymi znanymi muzykami, pod jego teksty podkładano muzykę elektroniczną i spajano to w całość. O ile Bitelsi na okładce umieściły go trochę z przekory to Cobain i inni zaczęli odkrywać go na nowo w latach 90 co zapoczątkowała bez wątpienia ekranizacja “Nagiego lunchu”. Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie jej wyobrazić, ale film już kupiłem. W najbliższym czasie obejrzę i na pewno co nie co tutaj napiszę.

Ocena: 8/10

William S. Burroughs, Nagi lunch, Wyd. Prima 1995.
Może i powyższy tekst jest przemieszaną opinią na temat “Nagiego lunchu” z biografią pisarza ale wierzcie mi, o tej niesamowitej postaci można napisać dużo, dużo więcej i, kto wie, może kiedyś podejmę się zadania spisania całości?

W.S.B

Na koniec:
- Świetny tekst opisujący krótko życie Williama S. Burroughsa
- William S. Burroughs - Thanksgiving Prayer
- The Cut-Up Films (1963-1972)

Zobacz też: Nagi lunch (film)

* * *

środa 18 kwietnia 2007 , 7:59 po południu

Are you on drugs son?

Autor: Domator

…Czyli o tym, że Some people never go crazy, What truly horrible lives they must live*.
Myślałem, że znam osobę o której będzie mowa. Znam w sensie takim, że nie zadziwi mnie niczym. Ufo jest typowym przyjebem bez kolegów, siedzącym całe dnie w domu i nie wybiegającym myślami poza następny sprawdzian na który z nudów w domu się pouczy. Mało mówi, wiecznie podpiera ściany. Robi dziwne miny, a jego głos mnie śmieszy. Nie wiem jak to się stało, ale ktoś zauważył jego rysunki. Dawno nic nie przeryło mi tak głowy. Zawarł w nich chore pomysły ze słabym wykonaniem, więc nie porażają. Ale przerażają. Jeżeli człowiek nie pijący, nie biorący żadnych prochów ma w głowie takie gówno, to co miał by po jakimś LSD? Bóg jeden raczy wiedzieć. Prace możecie podziwiać poniżej:

1) Pawian pochłaniający cały świat swoim ziewaniem
2) Wampir - Kaczka przed swoim zamkiem. W tle znajduje się bus drużyny Scoobiego z źle narysowaną pacyfką oraz jego zamek (ucięte). Zamek ma włączony reflektor, który na niebie pokazuje znak Batmana (również ucięte). Zauważcie, że ten wampir w jednej ręce trzyma kose a w drugiej lody.
3) Pustynny robot zagłady
4) Szatan piekący świat na rożnie
5) Pole bitwy. Wielki wojownik przebija trzech ludzi mieczem i za chwilę wejdzie nim komuś w dupę.
6) Zlewozmywaki teleportujące człowieka w rożne miejsca
7) Ośmioręki żołnierz poruszający się na rydwanie ciągniętym przez mrówki

Ratunku.

* - Charles Bukowski

* * *

czwartek 12 kwietnia 2007 , 9:26 po południu

Poranny telefon

Autor: Domator

To naprawdę było dziwne. Dzisiaj rano obudził mnie telefon, było przed ósmą. Odbieram, a tam ktoś nadaje po angielsku, że jakiś Mr. Wasielewski, że jakieś dwie paczki, że wysłać, że ojej, że “it will be fuck” etc. Po tym fucku rzuciłem słuchawką wyśmiewając wcześniej swojego rozmówcę. Naprawdę, nie wiem czy to żart, pomyłka czy terroryści, ale ta rozmowa dała mi do myślenia na cały boży dzień. Jeżeli ktoś żartował to mówię tu i teraz - udało się.

* * *

piątek 6 kwietnia 2007 , 10:01 po południu

Mark St. John ~ 7.02.1956 - 5.04.2007

Autor: Domator

St. John

Tego popołudnia dostałem telefon informujący mnie, że mój przyjaciel, były gitarzysta KISS, zmarł dziś rano przez wylew krwi do mózgu. Miał 51 lat.

Znałem go od dawna. Jeździłem z jego zespołem White Tiger, a także rozmawiałem z nim podczas ostatniego NAMM.

Jak tylko będę wiedział coś więcej to dam wam znać. Łączę się w bólu z jego rodziną. To bardzo smutny dzień.

Junkie

- Źródło: KNAC.COM

St. John
Wczoraj, gdy czytałem powyższego newsa, czułem się fatalnie. Ludzie tu o Jezusie, papieżu a ja o gitarzyście. Też niecodziennie, można powiedzieć. Mark St. John nazywał się właściwie Mark Norton. Był najkrócej żyjącym muzykiem KISS a do tego był muzykiem o najkrótszym stażu w zespole. Z KISS grał przez osiem miesięcy co zaowocowało jedną płyta (Animalize), jednym teledyskiem i trzema koncertami. Wszedł w skład zespołu w zastępstwie za Vinniego Vincenta, który z kolei z zespołu został wyrzucony. Choroba St. Johna zaczęła o sobie dawać. Bruce Kulick stał na każdym koncercie za kulisami, w gotowości do zastąpienia obecnego gitarzysty w każdej chwili. Po jakimś czasie Mark Norton nie był w stanie utrzymać gitary w rękach więc zastąpiono go na stałe Kulickiem.
St. John założył swój zespół - White Tiger - który nagrał tylko jeden album. Na stałe jednak zapisał się w kanonie Hair Metalu lat 80.
Cóż można jeszcze powiedzieć? Może w KISS zdziałał niewiele, to jednak nie zostanie przez fanów zapomniany. Skoro można pamiętać o Antonie Fig’u, perkusiście przechodnim, nigdy nie będącym stałym członkiem zespołu wymienionym gdziekolwiek, to dlaczego nie pamiętać by o St. Johnie? Fani nie zapominają o ludziach, którzy zrobili coś wartościowego dla zespołu. Mark St John na pewno będzie bardziej doceniany od Thommy’ego Thayera, bo ten pierwszy nagrał z zespołem chociaż jeden album. A Thayer żadnego.
51 lat to nie dużo. Gdyby nie choroba na pewno pociągnął by dłużej a jego życie wyglądało by zupełnie inaczej (wciąż byłby w zespole?).

Cześć jego pamięci.

Mark St. John

* * *

poniedziałek 2 kwietnia 2007 , 10:05 po południu

Santo Subito!

Autor: Domator

Santo Subito. Te dwa słowa krążą w mojej głowie cały dzień. Znowu się zaczyna.
Papież....
Karol Wojtyła, Jan Paweł II, zmarł równo dwa lata temu. Pamiętam to jakby to było wczoraj. W moim domu był akurat remont więc mieszkałem tymczasowo u babci. Śledziliśmy każde wydanie wiadomości z niepokojem. Babcia co chwila chodziła do kościoła, ja byłem po prostu ciekaw co będzie dalej. To zastanawiające, ale przez okres tych modłów o zdrowie dla JP2 mogłem sobie wyobrazić jego śmierć. Nie mogłem natomiast wyobrazić sobie co stanie się dalej. Ówczesny papież zasiadał na swoim tronie dłużej niż ja chodziłem po tym świecie. Dla mnie papież = polak i już! Jakże Watykan utarł mi nosa, gdy wybrali Niemca… Ale nie! Nie czepiam się Niemców, to tylko papież i ma on niewielki wpływ na moje codzienne życie. Dziś to dla mnie normalne, teraz Niemiec a jutro murzyn.
Kiedyś przeczytałem świetny tekst Sado na DT właśnie o śmierci papieża. To już nie śmierć duchownego. To biznes.
Nie jest dziwne to, że ludzie tęsknią za Wojtyłą. Ponad 25-letnie przywiązania robi swoje. Dziś na tym przywiązaniu kasuje się pieniądze.
Będąc dzisiaj w M1 (market) przeglądałem sobie prasę. Spośród gazet, które ukazały się dzisiaj tylko “Angora” nie miała papieża na pierwszej stronie czy okładce. “Angora” miała kurczaczki.
Weźmy taką Gazetę Wyborczą. Jutro, czyli 3 kwietnia za 5 zł kupicie jakiś film o papieżu a za 24 książkę z płytę, na której Adamczyk wam tą książkę przeczyta (!!). Spójrzmy na Merlin.pl, w chwili w której pisze te słowa wyszukiwarka sklepu pokazuje 315 pozycji po wpisanie w nią “Jan Paweł II”.

Ja mam tego dosyć, media znowu trąbią jak oszalałe. Wszędzie jakieś wspominki, w prasie jakieś płyty z kazaniami, poezją, dokumentami… Zaczęto wydawać w “ekskluzywnej formie” dzieła papieża. Fajnie znaleźć książki Jana Pawła II obok psiej karmy.

W dzień śmierci gorączka na papieża, swoista moda, była dla mnie zrozumiała. W pierwszą rocznicę śmierci też. Podczas drugiej rocznicy doszło do mnie coś oczywistego. Solidarność przez 24 lata nie świętowała hucznie i na 25 rocznicę zaprosiła mega-gwiazdę muzyki do stoczni. Teraz robią duże show co roku. Przecież przy okazji 26 urodzin przyjechał grajek z Pink Floyd.
Tak jak Solidarność, tak i Polacy przy każdej następnej okazji popłaczą sobie, nakupują gówien z buzią papieża a na drugi dzień wrócą do swojego życia.
Doszło do mnie, że teraz co roku będę oglądał szał na papieskie gadżety, durne programy. Co roku też będę czytął nudne artykuły-wspominki. Dlaczego?
Tylko dlatego, że ktoś ważny i wielki był Polakiem, a naród widzi jedyna formę uczczenia tego w kupowaniu wszystkiego, co w swoim tytule posiada “Jan Paweł II” a na okładce ma jego zdjęcie.

Adamu, Adamu - cały czas ma długi
Nowa powieść science fiction: Jan Paweł 202

- Kazik

* * *

TheElder.net 2.0?

Autor: Domator

Od tej chwili podziwiać możecie owoc mojej poniedziałkowej pracy. Właściwie to zacząłem już wczoraj, ale nie chciałem by ktoś pomyślał o tym jak o Prima Aprilis :) Od teraz wygląd strony nie będzie się już kojarzył z Kevinem Smithem. Przy instalowaniu obecnej spodobał mi się jeden tekst:

You’re a cub reporter, the year is 1940…

Rzeczywiście, wygląda to oldschoolowo (nienawidzę tego słowa) a do tego schludnie. A i ktoś się musiał nieźle wczuć skoro za cel postawił sobie naśladowanie lat 40. Grunt, że nic nie bije po oczach, jest skromnie i na biało. Na jakiś czas zostaje.

* * *







"Moim marzeniem jest uratować ich od natury."
Christian Dior
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress