Sesja polonistyczna
Niewielu jest takich, którzy w okresie dojrzewania nie łapią za pióro. Dzisiaj wyszło szydło z worka. Poetów ci u nas dostatek, jak się dowiedziałem!
Mowa o mojej szkole - Chemiku. Okazało się, że mamy kilku poetów, którzy spróbowali swoich sił przed małą częścią szkoły. Dodatkowo swoje płody umieścili w tomiku, który został całkiem schludnie wydany. No i każdy z nich brał ten tomik w łapę i czytał swój wiersz. Zaproszono też gości, między innymi prawnika z kancelarii sejmu. Ale od początku:
Zaczęło się od zbierania tych wszystkich wierszy o czym, rzecz jasna, nie wiedziałem. No i mnie ominięto, mogłem za to oddać swoje wypociny polonistce (och, zaszczyt). Niestety, nie podobało jej się. W przeciwieństwie do Edyty, prowadzącej te warsztaty. Muszę wysłać wiersze, a czeka mnie świetlana przyszłość…
Wpierw wszyscy zebraliśmy się w auli i po przedstawieniu gości specjalnych na scenę wszedł prawnik, o którym wspomniałem wyżej. Gdy schodził to bito mu wielkie brawo. Że wreszcie zeszedł. Wyglądał poczciwie, nawet niektóre wiersze były naprawdę niezłe ale jego przemowa była nudna. Biografia przeplatana wierszami.
Najlepszych motywów było dużo. Ktoś czytał wiersz o biedronce, ktoś oceniał go jako pochwała życia a ktoś krzyczał, że wiersz czytany przed chwilą został “zerżnięty z Wojaczka!”. Szczytem wszystkiego był uczeń, który na warsztaty poetyckie wyjechał z kawałkiem prozy. Słów mi zabrakło i zostałem poskładany. “Ród Jastrzębi Mętna Woda” się to nazywało.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W pewnym momencie prowadząca zapowiedziała dwóch absolwentów naszej szkoły by coś odczytali. Gdy usłyszałem to nazwisko, to wiedziałem. Spotkałem zioma, którego nie widziałem od 3 lat. Drobnego. Dziwne uczucie. Potem był już szybko, dziwnym trafem musiałem wyjść wcześniej, pojechaliśmy nad Maltę i tam delektując się naturą rozmawialiśmy. Drobny, bój się telefonów po nocach, bo ja tego tak nie zostawię.