TheElder.net - Domator

poniedziałek 9 października 2006 , 9:57 po południu

Marek Grechuta

Autor: Domator

Marek Grechuta nie żyje. Dla fanów i dla ludzi z wielkimi, długimi szalikami robionymi na drutach to tragedia. Wystarczy spojrzeć na listę GG. U mnie dziewięć osób przeżywa wielką tragedię podpierając swój smutek “zniczami” ( [*], [i], ['] ) na swoich opisach. Dziwi mnie to, gdyz osoby te znały pewnie Grechutę z radia, po jednej piosenka którą nawet reklamowano Marek Grechutakiedyś tabletki na przeziębienie! Cały Polski Internet przeżywa chyba tragedię. Na Onecie ktoś w komentarzach do newsa o śmierci (”news o śmierci”, ciekawie brzmi) napisał: “Wpiszcie miasta ktore składają kondolencje [*][*][*]” odpisało mu 3235 osób co daje aż 65 stron z komentarzami. ”
A ktoś inny z kolei: “Jeśli ktoś taki umiera to i samemu się trochę umiera. Kraków,poezja,lata 70-e,nadzieja,marzenia,Grechuta…”.
Najbardziej jednak spodobał mi się ten komentarz: “Gdy dzisiaj wróciłam ze szkoły i mama powiedziała mi żę Marek Grechuta nie żyje… trafiło to we mnie jak gram z jasnego nieba… chociaż jestem mloda wiem że umarl ktoś wielki. Takich ludzi nie jest wiele. Dzięki M. Grechucie dowiedzialam się czegoś bardzo ważnego. wiem już żę ” ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…” “.
Odpowiedź przyszła szybko: “A ja mam 13 lat i czuje dokładnie to samo .. :(”, a potem “:( Mam lat 14….zawsze byłam jego fanką…wychowalam sie na jego muzye:( to straszne ;(”.

Wszedłem też na Bastion i co zobaczyłem? Wygrywa użytkownik o ksywie Louie piszac “przed chwilą leciało w wiadomościachJonasz Kofta
niech spoczywa w pokoju [*] [*]” potem ktoś napisał, że nie przepada ale jest szacun…
Czytając ten cały Onet.pl i Bastion wyszło mi na to, że był to ktoś o kim połowa Polski przypomniała sobie gdy włączyli radio, telewizor czy weszli do Internetu. Przyznam szczerze, że ja sam przypomniałem sobie o takiej osobie dopiero dzisiaj. Ale w przeciwieństwie do wielu osób nagle nie przestawiłem sobie katalogu “Grechuta” w mózgu na “Wielki artysta, niedoceniony, ważne są tylko te chwile/dni”. Dla mnie wciąż to artysta piszący teksty po to by zrozumiała je publiczność. Taka poezja dla publiczności, niby to skomplikowane i ambitne ale w gruncie rzeczy banalne. Taka dawka sztuki dla prostych ludzi, którzy myslą, że są romantykami, poetami itp. Nie zgodzę się, że był jedyny i najlepszy. Nie żyjący już jakiś czas Jonasz Kofta bił go w dziedzinie poezji śpiewanej pod publiczkę na głowę. Nawet mam parę jego płyt.

Mam nadzieję, że nie dołączyliście do rzeszy plączących za Grechutą. Jak po jakimś papieżu czy zamachu. To ciekawe, że jutro plączące głosy ustaną i Grechuta pozostanie płytą na półce. Uch, co jak co ale to z takich sytuacji znani są nasi internauci. Kto dziś nosi koszulki “Pokolenie JP2″? Tylko najwięksi desperaci…

Jasiński powiedział: “No cóż, nie ma Marka i tyle.” Podobało mi się to.

[notka miała być o Whores of WarCraft EP 1, ale przesunięto to w przyszłość]

* * *

sobota 7 października 2006 , 8:52 po południu

Lord of the Rings by George Lucas

Autor: Domator

Widać, że filmik jest robiony przez fanów Star Wars mających na celu obśmianie Lucasa i pokazanie swojej frustracji spowodowanej Nową Trylogią. Do tego chcieli przy okazji dosrac trochę Peterowi Jacksonowi i jego wizji LOTRowi i uważam, że oba zabiegi się udało. Obejrzyjcie koniecznie!

* * *

piątek 6 października 2006 , 6:00 po południu

Żbik powraca!

Autor: Domator

Nie za bardzo interesuję się dzisiejszym komiksem z Polski. Był “Kajtek i Koko” (Później “Kajko i Kokosz”), był “Tytus, Romek i A’Tomek”, był “Kapitan Kloss” oraz “Kapitan Żbik”.

Mandragora od jakiegoś czasu wydaje tzw. komiksy edukacyjne opowiadające historię Polski. Naprawdę, nie wiem kto to kupuje. To chyba jedyny obok “Wilq” w miarę regularnie ukazujący się polski komiks. Niestety, “Produkt” już się nie ukazuje. Resztki “Jeża Jerzego” leżą jeszcze w Empikach. Ach, jest jeszcze “48 stron” i wszelkie pozycje pochodne w stylu “Kij Bij”. Czy jest szansa na regularną serię? Odpowiedź nadeszła z najmniej oczekiwanej strony. Ożywia się komiks z PRL. Kapitan Żbik powraca! Już nie stary Milicjant ale jego wnuk - Michał Władysław Żbik. Naciągane? Może, ale kupiłem ten pomysł, kiedy dowiedziałem się, że twórca oryginalnego Żbika napisał kilka pomysłów które trafiły do szuflady. To te pomysły, lekko podrasowane mają trafić do nowej serii.

Wreszcie nie jest to odgrzewanie na siłę. To nie takie sranie w banie jak w przypadku nowego filmu z Klossem. To nie takie sranie w banie jak w przypadku “Misia 2″. To stary pomysł w nowoczesnej formie. Taką przynajmniej mam nadzieję.

Okładka pierwszego zeszytu nowej serii

I niestety, wpis ten musiałem powtórzyc, bo pierwotną wersję notki przez pomyłkę skasowałem.

* * *

niedziela 1 października 2006 , 2:10 po południu

Latający Cyrk Monty Pythona vs. Jacyś Francuzi

Autor: Domator

To będzie dla mnie trudny wpis, a potem pewnie trudna walka. Chociaż trudno to stwierdzić po frekwencji na blogu. [Zaczęło się od tego wątku]
Dlaczego? Bo jestem jednym z niewielu w sieci ludzi, którzy zwyczajnie nie lubią Monty Pythona. Przyzwyczaiłem się już do róznych reakcji łącznie ze standardową już w stylu “Jak można nie lubić MONTY PYTHONA?!”, więc raczej żadne komentarze mnie nie zdziwią.

W każdym razie, Pythoni nie śmieszą mnie i nie potrafię tego wytłumaczyć. Ubóstwiam za to szkołę francuską z Rolandem Toporem na czele. Gdy tylko czytam powieść czy opowiadanie Topora uśmiech maluje mi się na gebie momentalnie. Słyszałem o porównaniu szkoły angielskiej i francuskiej ze względu na ich “podobieństwo”. Czy one naprawdę są takie podobne?

Pythoni znowu trafiają do TV. Znowu ożyje nasz Polski Internet, znowu wyrośnie pełno nowych fanów, którzy zachwalając na cały głos po krótkim czasie znowu wrócą do “Kiepskich” i innych polskich sitcomów.
Zacznijmy od kultowości słynnej brytyjskiej grupy. Gdzie ona tkwi? Sądze, że w popularności stacji BBC, która Monty Pythonskutecznie rozpowszechniła ową grupę na Wyspach a w końcu i na świecie. Do tego dochodzi swojego rodzaju bycie prekursorami na tym terenie. Z drugiej strony Topor też zaczął pisać w latach 60. Nie ma więc mowy o wzajemnym kopiowaniu siebie, jest za to mowa o mniejszej skali, skoro brytoli puszczano w TV a Topora rzucano do księgarnii. Jednak wciąż zagadką sa dla mnie totalne korzenie takiego humoru.

Gunfan w wątku do którego link podałem wyżej dość obszernego posta. Własnie ten post zmotywował mnie do napisania tej notki. Ale ja nie zrobię opisu francuzów tak jak on to zrobił ze swoimi idolami.
Do tego zapytałem się jednego z miłośników brytyjczyków o Pythona i dowiedziałem się, że to nie do końca angielski humor. Czy jakiś fan może mi wyjasnić (np. w komantarzach) do jakiego kanonu owa grupa się zalicza? Bo już ni cholerę tego nie rozumiem, tylko mi nie sypcie, ze to wyjątek na skalę światową i dlatego powinno mu się nadać osobną kategorię…
Roland Topor
Jeżeli spodziewacie się konkretnych tekstów definitywnie niszczących anglików i wynoszacych pod niebo francuzów to nic z tego, z takim czymś nie dał bym rady bo w końcu my sami wiemy co jest śmieszne a co nie. Mój przypadek znacie.
Co z waszym? Odsyłam do sondy. I proszę każdego fana anglików o napisanie - chociaż krótko - co widzicie w Latającym Cyrku i co was do niego ciągnie. Niestety, bez was Pythonowcy będę mógł ten wpis skasować. A jezeli zbiorę minimum dwie opinie to - kto wie - może posłuży to do napisania kolejnej notki.

Na koniec wklejam opowiadanie Rolanda Topora, jak ulał pasujące do mojego wpisu. Dlaczego? Idealnie wręcz zbiega się w moim wyczuciem angielskiego humoru. Mowa o końcówce rzecz jasna. Więc mając takie opowiadanie nie muszę pisać czym dla mnie jest takiataki humor i takiataki artysta. To wystarczy.
[tu się zaczyna]

Ależ tak, Francuzi mają poczucie humoru. Oczywiście, ze je mają! Ach! Ach!
Tylko, że nie jest to angielskie poczucie humoru. Przyznacie, że szkoda.
W dziedzinie humoru Anglicy - Brytyjczycy, jak sami siebie nazywają - przewyższają resztę świata. Nie ma lepszych. No i trudno! Nie ma co robić tragedii! Francuzi mają wino, a Anglicy humor. Mogło być gorzej. Wyobraźcie sobie, że mieliby i jedno, i drugie!
Zresztą we Francji wystarcza ironia. Bez kompleksów.
Stosując odrobinę francuskiej ironii, można uchodzić za wesołego kompana albo wręcz za wesołka. Z pewnością dzieje się tak dlatego, że nie wtajemniczona publiczność zadowala się byle czym. Z braku laku, dobry kit. Sytuacja komplikuje się z chwilą wyjazdu za granicę. Zasoby dobrego humory, uszczypliwego zmysłu obserwacji, umiarkowanego optymizmu i cywilizowanej kpiny, w które wydawaliśmy się wyposażeni, topnieją szybciej niż łyżeczka masła między piersiami Maruschki Detmers. Nasz humor narodowy nie jest wart więcej od naszych franków. Wszelka wymiana, rózniez dowcipów, okazuje się niekorzystna. Jakież to bolesne.
Wróciłem z Brukseli, gdzie spędziłem miesiąc.
Gdy tylko otwierałem tam usta, żeby rozluźnić atmosferę lub sprytnie podsunąć temat rozmowy, natychmiast powietrze wypełniało się elektrycznością i zaczynaliśmy się czuć nieswojo.
Podkreślam, że nie opowiadałek tzw. kawałów o Belgach* (nie lubię ich), zadowalałem się po prostu przedstawieniem konkurencyjnych - jak sadziłem - próbek francuskiego humoru. Kompletna klapa.
Któregoś dnia przyjaciel powiedział mi:
- Powinieneś wziąć prywatne lekcje.
- Lekcje czego?
- Angielskiego humoru, rzecz jasna!
A ja na to osłupiały:
- Gdzie? Z kim? Chyba żartujesz?
Ale on był poważny niczym arcybiskup Canterbury.
- Znam doskonałego profesora, wykładowcę angielskiego humoru, który mieszka przy rue Royale, dokładnie naprzeciw “Botanique”. Sądze, że korzystając ze swojego pobytu w Brukseli, mógłbyś przyswoić sobie jeżli nie poczucie, to choćby kilku podstawowych zasad angielskiego humoru. Jestem przekonany, że w twoim zawodzie okaże się to cenne!
Scena rozgrywałą się w Klubie Lotników, gdzie podają wysmienite białe porto. W rezultacie uległem namowom. Przyjaciel poszedł zadzwonić do profesora, niejakiego doktora Springfielda. Po powrocie rozpromieniony oznajmił mi dobrą nowinę:
- Masz szczęście, jakis ważniak z Komisji Europejskiej wystawił go do wiatru. Jest do twojej dyspozycji.
Dobra. Udaję się pod wskazany adres. Wdrapuję się na czwarte piętro i co widzę? Facet na klatce schodowej właśnie podsłuchuje pod drzwiami doktora Springfielda. “No tak, to z pewnością jakiś biedaczyna, który próbuje bezpłatnie korzystać z czyjeś lekcji.” Chrząknąłem, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nieznajomy nie zareagował. Zniecierpliwiony klepnąłem go w ramię.
Wyprostował się, swobodny i wyluzowany:
- Dzień dobry. Jestem doktor Springfield.
- Czy mogę pana zapytać doktorze Springfield, dlaczego podsłuchiwał pan pod swoimi własnymi drzwiami?
Kąciki ust rozjechały mu się w tajemniczym uśmiechu.
Bez słowa, z ucha, które przed chwilą przykładał do drzwi, wyciągnął ostrożnie coś w kształcie jasnozielonego stożka i podał mi.
- Co to takiego? - spytałem, nic nie rozumiejąc.
- Głowiasta biała. Nie podsłuchiwałem pod drzwiami, naiwny młody człowieku. Słuchałem tego kapuścianego głąba!

Dałem sobie spokój z angielskim poczuciem humoru.

- Roland Topor, “Dziennik Paniczny”. Wydawnictwo L&L 2000. Przekład: Ewa Kuczkowska.

* * *
« Nowsze wpisy







"Wtedy tych od pornografii zebrano w krematorium."
Anthony Bloomfield
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress